środa, 27 stycznia 2010

Mróz, czyli szkoła przetrwania






Jak wiadomo w dobie ocieplenia klimatu temperatura zwykle spada do jakichś ( bagatela ) minus 25 stopni nocą. Norma. W dzień słupek rtęci na termometrze za oknem z trudem dociąga do minus 15. Przyznam, że i tak jesteśmy przeszczęśliwi, że niespecjalnie wieje, bo chyba by nas na równej ziemi żuławskiej zmiotło. Generalnie nasz dzień zaczyna się od sprawdzenia, czy...mamy wodę. Ostatnio rankiem z reguły jej nie mamy. Rury zamarzają w różnych, najmniej spodziewanych miejscach. W domu rano też ciut zimnawo, więc nakładamy na siebie liczne warstwy tak zwanych barchanków i zabieramy się do roboty. To znaczy Wojtek z farelką goni do stodoły szukać miejsca, gdzie tym razem przemarzło przy hydroforze, ustala najbardziej prawdopodobną lokalizację i grzeje. W międzyczasie rozgrzewa się w drewutni rąbiąc drewno na akord. Mama jako nasz domowy palacz piecowy zajmuje stanowisko w kuchni przy piecu CO i czeka aż wychynie " czarna żmija " czyli wskaźnik temperatury na piecowym termometrze. Ciocia "robi obrządek" - karmi liczną zwierzynę domową od kotów w liczbie dziesięciu zacząwszy, poprzez Milunię, na papużkach skończywszy, a ja przywdziewam gustowne rękawiczki z obciętymi palcami i zasiadam do roboty przy komputerze. I tak nam mijają poranki i przedpołudnia. Po południu sytuacja zmienia się o tyle, że Mama opcjonalnie kuchnię nagrzewa lub wietrzy ( bo piec dymi jak stara lokomotywa , a Wojtek przemieszcza się z farelką szukając innych równie prawdopodobnych miejsc zamarznięcia. Kiedy lód puszcza, w domu można pracować bez rękawiczek i drewna na opał wystarczy do wieczora wszyscy padają na nosy z zmęczenia. Mimo naszych ambitnych planów, w których popołudnia przeznaczamy na czyszczenie drewnianych ścian z niezliczonych warstw farby lub tynkowanie tu i ówdzie - energii starcza nam co najwyżej na karcianą partyjkę. W końcu ściany nie zając i nie uciekną, prawda? Z zimy najbardziej zadowolona jest Milunia, która radośnie bryka w śniegu niczym mały, kudłaty źrebaczek i Ryś, który łowi myszy jak dziki. Co prawda cała rodzina się nabijała z mojego genialnego kota, że "łowi" na poduszce, do góry brzuszkiem, ale on postanowił zadać kłam tym oszczerstwom i dzisiaj osobiście złowił myszę sztuk jeden ( obawiam się jednak, że ofiarą padł Bipmysz rezydujący u Ewy ). Dzięki sporej śniegowej kołderce możemy jednak dokonać przeglądu zwierzyny pomieszkującej obok nas. Stąd wiemy, że w ogrodzie, pod gałęziami norę ma lis, pod oknami mojej Mamy kicają zające, a sarny wyjadają resztki jeżyn przy ogrodzeniu. Niestety - widzimy też ślady gryzoni zdążających do stodoły. No cóż. Myszy też Stworznia Boże i niech im ciepło będzie...

Ryszard nad zwłokami Bipmysza...

























Pocisk... czyli skoncentrowana energia

24 komentarze:

MariaPar pisze...

Chyba nie ma skrawka kraju bez takiego śniegu. Oj, mamy zimę w tym roku ! Pozdrawiam

Ori pisze...

Kłopoty z wodą rozumiem aż nadto dobrze - my nie mieliśmy wody w Boże Narodzenie!!!
Zdjęcia piekne - z wyjątkiem tego dokumentu zbrodni:-( - pozdrawiam gorąco z równie mroźnego Mazowsza!

Asia i Wojtek pisze...

Ewa stwierdziła z żalem, że nasz kot jest mordercą! Fakt. Do tej pory Rychu robił za żywołapkę - to znaczy myszy łapał, przynosił na nasz łóżko i wypuszczał. A myszy w te pędy pod szafę i tele je widzieliśmy. Bipmysza przycisnął ciut za mocno. Inna sprawa, że Bipmysz u Ewy się zadomowił. Zżarł jej okładki od książek, podziurkował plecak, obgryzł gumkę do ścierania.W końcu zaczęła go dokarmiać... I teraz cierpi, bo Bipmysza niet. Nadziejuję się, że może to nie rzeczony Bipmysz tylko jego jakiś krewniak...

Anonimowy pisze...

ot zimowe "sielskie" uroki zycia na wsi...ale ja to lubię..my w sobote mielismy akcję drzewo..nieoceniona tzw. cyrkularka..teraz drwa znikaja w zastraszajacym tempie..ja jeszcze sprawdzam rano czy sie przedrę do roboty. Asiu i wojtku..piękne zdjecia! ..moje klimaty..energi moc potrzebna ..wieje u nas jak diabli:))kasiexa

domowa kurka pisze...

wszystko się zgadza...po kilku latach dojdziecie do prawy i żadna zima stulecia nie da Wam rady...pamiętam zamarznięty odpływ w WC...to był koszmar...brak wody to pikuś...bo i 2 m-czny brak wody zimą tez mieliśmy...ale to cała wioska...zamarz wodociąg i tez nie wiadomo gdzie...ech! to były czasy...a teraz drzewo narąbane jesienią tylko podskakuje na taczce, rozpałki narobione na trzy lata- rury możliwe zabezpieczone niezliczona ilością gąbczastych otulin ...nawet samochód się grzeje w prowizorycznym garażu i śmieje z zaśnieżonych autobraci... ale w karty nie graliśmy dawno...pozdrawiam serdecznie

domowa kurka pisze...

aaa... zdjecia cudne, nawet to z myszakiem...u mnie bedzie jutro, bo myszy , jak te głupie pchają sie do domów nie patrzą , ze koty ostrza tylko pazurki o ulubione kanapy i fotele...

Asia i Wojtek pisze...

Kurko domowa - odpływ WC też mieliśmy jakiś czas przypchany. Przez tydzień, zanim był wolny termin szambonurka, i zanim przyjechali panowie z wodociągów co by przepchnąć...do łask wróciła sławojka za oborą. Przy czym nie polecamy korzystania z sławojki przy 25 stopniowym mrozie. Latem to jeszcze ujdzie... Dodam jeszcze, że jak panowie wodociągowcy dojechali swoim samochodem, w którym mieli tonę wody pan wysiadł, uklęknął i ziemię ucałował, bo nasza droga gminna przyprawiła go o palpitacje.

Bobe Majse pisze...

Zajrzałam do Waszej galerii fotografii... Piękne! Pozdrawiam, Ola - Bobe Majse

ma.ol.su pisze...

Asiu i Wojtku, no ale to chyba Wasza pierwsza, wiejska zima? Trudno, człowiek musi się doświadczać przecież.
Pewnie już na wiosnę, kiedy słonko mocniej przygrzeje, zimowe przygody staną się wspomnieniem, na 'urocze' przerobionym.
A pięknie i teraz macie, bo nie sądzę, że to tylko świetnych zdjęć zasługa?
Pozdrawiam, i trzymajcie się; lato będzie w tym roku, na pewno.

P.S. Boże, jak chciałabym dziką zwierzynę pod oknami mieć! Niestety, nawet myszy nie ma, a dwa jeże w swoim igloo mocno śpią.

niewinny czarodziej pisze...

Skąd ja to znam ? W sumie jednak cudnie ! Ta karcia partyjka z mrozem za oknami ... tego nie da żaden hotel z 5 i więcej gwiazdkami .
Cudnie !
Pozdrawiam serdecznie .

Sarenzir pisze...

Ale za to ile będzie do opowiadania wnukom(niekoniecznie swoim) ;) Ja tak sobie powtarzam po każdej takiej przygodzie, bo moja Babcia, właśnie zamiast bajek opowiadała nam takie rożne przypadki z życia, a ja z nabożeństwem słuchałam :) Dobrze ze chociaż prąd macie - niestety woda bardziej potrzebna do życia :)Wytrwania i ocieplenia w miejscach wodociągowych życzę . :)

Asia i Wojtek pisze...

To już nasza druga zima na wsi. Jest pięknie, ale czasem bywa ciężko... Zeszłoroczne przeżycia tutaj: http://podlipami.blogspot.com/2009/01/7-stycznia.html

milajo pisze...

Ha ! Znalazłam Was :) Nie było łatwo, bo jak próbowałam po ludzku, klikając na "Asia i WOjtek" nad komentarzem - nie wyświetlaliście się :)
Ale w koncu dotarłam! I widzę, że byłam już u Was ale nie wiedziałam że to Wy :)
Najpierw podziękuję za komentarze, zostawione u mnie :) Odnosząc się do nich( a dokładnie o mieszkaniu na placu budowy), pragnę poinformować ;) że zamieszkaliśmy w naszej chałupie jak był "gotowy" tylko jeden pokój i łazienka. Nie było podłóg, ścian, ogrzewania.. a ja byłam w ciąży, a starszy syn miał prawie 7 lat i przez pół roku spaliśmy wszyscy w jednym łóku :)
A przecież mogliśmy jeszcze trochę poczekać z przeprowadzką.. ale jak już zdecydowaliśmy, to nie było siły. Chciałam JUŻ i kropka. Ten pośpiech może nie był najlepszym doradcą, na pewno parę rzeczy zrobiłabym inaczej gdyby był czas..ale! Nie narzekam:) Teraz "dóŁ" jest jako taki ( pomijając brak schodów na górę") a na górze hula wiatr!
Nam też woda zamarza :) I Bartek chodzi z farelką i podgrzewa najbardziej "podejrzane" miejsca ;) A! Nie wspomnę o myszach.. mamy zatręsienie!!

Muszę sobie na spokojnie poczytać jak to u Was było :) Jak tylko dzieci zasną...
Pozdrawiam Was serdecznie!
Zuzia

Asia i Wojtek pisze...

Zuzia, cieszę się ogromnie, że do nas " dotarłaś", bo niesamowicie podobają mi się Twoje cudeńka ( i Twoje góry też...) A jak to u nas było wcześniej przeczytasz też tu: www.pamietnik-kota.blog.onet.pl z punktu widzenia mojego najjedyńszego burego kota ( ostatnio letko zaniedbany blog, ale popracujemy nad nim z Rysiem jak tylko wrócimy z Bieszczad ( 4 reportaże. Ha!)

labarnerie pisze...

Jestem Waszym 13-tym obserwatorem ... mam nadzieję, że szczęście przyniosę :) Baaardzo ciekawie opisujecie tu swoje życie z daleka od ... od wszystkiego :) Podziwiam i życzę wytrwałości w odrestaurowaniu i przywracaniu do życia chałupy z duszą (mam nadzieję, że za tą chałupę się nie obrazicie ... to szczyt mojego zachwytu jeśli tak nazywam dom) :))). A i mnie też się ta wytrwałość przyda, bo ... wszystko przede mną (zapraszam do podczytywania Mojego wygnanka ... na razie skromnie, ale z czasem będzie więcej wpisów o Starym Młynie). Zajrzę jeszcze na Waszą stronę ze zdjęciami ... sama też taką ostanio założyłam ... pstrykanie tego, co widzą moje oczy to mój któryś tam kolejny bzik :) Pozdrawiam ...

milajo pisze...

To jak będziecie wracać z Bieszczad, to zapraszam po drodze na kawę, herbatę, nalewkę czy cuś :) U

Elamika pisze...

Pięknie piszesz...piękne zdjęcia i to życie opisywane piękne.

greenka pisze...

My też w karty wieczornie rżnęliśmy, gdy wszystko w domu w rozsypce było. Ale jakie to miłe wspomnienia!
Zajrzałam, zaczytałam się i naoglądałam się pięknych zdjęć:) Przypomina mi się masakra, jaką mieliśmy u siebie - zresztą, masakra kuchenna trwa nadal, ale co tam, i tak wszyscy najbardziej lubią w niej siedzieć, gości w żaden sposób nie potrafię przepędzić do saloonu;)
Wasz dom ma jednak klimat, którego nasz nigdy nie osiągnie - lata 80. nie potrafiły tego nadać, niestety:( Ale goszcząc u Was w domu, można na pewno czuć się dobrze i z przyjemnością grać w karty. Co tam ściany!:)
Pozdrawiam!

Piotr pisze...

Długie zimowe wieczory na wsi...a propos opowieści dla wnuków...zawsze kojarzą mi się z domem mojej prababci...spać kładliśmy się...po rozgrzaniu kozy do czerwoności...w wielkim łóżku pod górą pierza...i to była najprzyjemniejsza część dzionka....poranek przynosił mróz na szybach...oddech zamarzał w powietrzu...nawet koza lodowaciała... Kto wstawał pierwszy? To zawsze była babcia...
Wnusio grzał się pod pierzyną :-) Takie są babcie!
Pięknie u Was...mam nadzieje, że moje rury nie będą zamarzały...

slavkosnip pisze...

Fajna ta skoncentrowana energia! Zima u was az hej!;)

kasiorkaa pisze...

Mimo wszystko życie na wsi ma swój urok!
Niedawno tu trafiłam i będę zaglądać! Byle do wiosny!
Pozdrawiam

śnieżny tulipan... pisze...

mam domek na wsi, ale tam nie jest tak ładnie jak tu
pozdrowienia
9 lutego 2010 20:15

Asia i Wojtek pisze...

Kasiorka, dzisiaj już wyraźnie czuć było zapach wiosny. Powietrze pachniało, sowy błotne przyleciały, kwiczoł ogrodowy nasz do czekał się panienki i pięknie już mu się wybarwiła klata. Będzie wiosna jak nic! Śnieżny tulipanie - każdy domek na wsi ma swój nieodparty urok! A czy gdzieś można zajrzeć do Ciebie może?

Anonimowy pisze...

słyszałam że Kudłaty prowadzi szkoły przetrwania...