niedziela, 29 maja 2016

Ogrodowo




Niespodziewanie "wpadł" nam wolny weekend. Korzystając z przerwy warsztatowej ( następne warsztaty za tydzień ) mieliśmy zamiar strzelić dwa reportaże dla magazynu "Siedlisko". Jednak prognoza pogody, przymglone powietrze oraz zapowiedzi burz utwierdziły nas w przekonaniu, że reportaże trzeba przełożyć. Tym bardziej, ze naszym bohaterom szczęśliwie odpowiada środek tygodnia. Ale jakże to tak - w domu być i robić nic? Nie da się. Ruszyliśmy zatem w ogród. Wojtek odpalił Pszczołę, czyli swój wytęskniony, wymarzony traktor-kosiarkę i wykosił pnącą się do już do góry trawę ( czasem mam wrażenie, ze rośnie tak, iż słychać jak piszczy radośnie ), a ja uzbroiłam się w sekator i poszłam pielić rabaty. Zrobiłam jakieś 60% po czym padłam z niedowładem prawej ręki i niemożnością jej zaciśnięcia...Zielsko przy ogrodzeniu postanowiłam zostawić. Niech tam sobie żyją żyjątka, co mi tam! Potem przyszła burza ( mała ) i ulewa ( duuuża), ale zanim spadł wytęskniony deszcz ( studnia, studnia! W zeszłym roku latem wyschła.) cyknęłam na szybko parę fotek. Na zdjęciach wygląda to nawet sielankowo, ale tak naprawdę druga część ogrodu nadal jest w fazie projektowej. Kilka rabat już jest, acz jeszcze mało dekoracyjne, drzewa stanowiące kontrapunkty sobie rosną, i przymierzamy się do założenia rosarium.
No dobra, zapraszam na spacer:-))

A właściwie Milunia zaprasza - ruszamy!


W czasie deszczu bociany się nudzą... Te trzy młodziaki rezydują na zmianę u nas i u sąsiadki za rzeką. W tym roku sporo gniazd we wsi stoi pustych. Może młode pokolenie zasiedli je następnego lata...


Kosaćce syberyjskie. Kocham!

Element ożywczy w przestrzeni przeddomowej:-))



Lubczyk. Na razie w doniczce, bo by go zielsko zagłuszyło.


Jeszcze momencik i będzie zapach niebiański. Jaśminowiec cały w pąkach.


Omułek po meczącym asystowaniu w pracach ogrodowych, padł i zasnął snem kamiennym.


Wiciokrzew pomorski. Coraz większy...

Rabata za domem. Pierwszy liliowiec już kwitnie.
 

 Kalina koralowa - przyjechała z nami z Gdańska, gdzie przez 3 lata rosła w doniczce na balkonie. Dostałam ją od córci.



Tak kwitnie:


A tutaj jej kuzynka - kalina ogrodowa. Ta nie owocuje.


Ziółka:
melisa

mięta


ruta zwyczajna


Ziółek jest więcej ale byście się zanudzili...

Tadaaam!


Moja ulubiona parka na rabacie cienistej. Ten orlik co roku kwitnie inaczej, ja nie wiem...



Tego też lubię.

Jeszcze rzut okiem na fioletowość:


I dziękujemy za wspólny spacer. Mila chce już do domu:-))


środa, 11 maja 2016

Leniwa majówka






Majówka była dla nas długo oczekiwanym czasem relaksu. Ciągle w drodze, z jednego końca Polski, na drugi, zaczęliśmy tęsknic za słodkim nicnierobieniem. Oczywiście nicnierobienie w Siedlisku niekoniecznie oznacza leżenie do góry brzuchem, choć i na to znaleźliśmy dobrą chwilę:-)). Był czas na spotkanie z rodziną i z przyjaciółmi, był czas na spacery, rowerki, ale przede wszystkim był czas na ogarnianie ogrodu. Co prawda warzywnik nadal "leży i kwiczy", ale biorąc pod uwagę ilość wody latem w naszej studni, poważnie się zastanawiamy nad sensem jego utrzymywania. W zeszłym roku ziemia za oborą wyschła na wiór, a podlewać nie było czym.Zasiałam więc w wielkiej donicy przed domem natkę i koperek i na razie na tym zakończyłam.
Poza tym zaliczyłam kolejne szkolonko z wsi tematycznych. Tym razem odbywało się ono we wsi tematycznej. Byliśmy w Garncarnskiej Wiosce, w Kamionce koło Nidzicy. Wioska prowadzona jest w głównej mierze przez fundację i to co się tam dzieje jest zaiste imponujące. Na razie więcej nie napisze, bo będzie o wiosce reportaż do magazynu "Siedlisko".
Czyli co, zaczynamy? Najpierw Garncarska Wioska:

Widok na wioskę:

Nasza ekipa ( wśród uczestników byli przedstawiciele ( głównie przedstawicielki jak widać ) wsi tematycznych, nie tylko z województwa warmińsko-mazurskiego. Z większością z nich spotkamy się na następnym szkoleniu, za tydzień w Marózie.


Efekt mini warsztatów - moje dzieło to dzwoneczek w tulipanki.


Brama do ogrodu. Było jeszcze trochę łyso, ale i tak rozmach zadziwiał.


Jeden z zakatków ogrodu.


I stoły. Każdy z nich  cieszył oczy innym obrazem na blacie. Cudo! Czemu mi Bozia nie dała malarskiego talentu???



Do wioski co i rusz zajeżdża autokar z dzieciakami na rozmaite warsztaty - są zajęcia z garncarstwa, jest kino 3D, miejsce na ognisko, fantastycznie wyposażona, nowiutka świetlica dla mieszkańców wsi, i cała masa innych atrakcji. Działa to wszystko jak sprawne, całkiem spore przedsiębiorstwo, w którym pracę znajdują okoliczni mieszkańcy ( oczywiście ci co chcą...). Wszystkie zyski są reinwestowane, bo przedsiębiorstwo ma charakter non-profit. Zainspirowało nas to. Myślimy nad nowym projektem i założeniem fundacji.

A teraz wracamy do Siedliska:

Nasze bociany. Tradycyjnie spóźnione, więc znowu lęgu nie będzie, ale przynajmniej są, przysiadają i cieszą nas swoim widokiem i klekotem. Kiedy polegujemy w cieniu jabłoni, bociek majestatycznym krokiem przechadza się w ogrodzie między drzewami. Fantastyczny widok! Acz trudny do sfotografowania, bo bociek jest...hmmm...mobilny.


Bujna zieloność nieco już przełamana kwitnącymi krzewami i drzewami. Pierwsza była oczywiście mirabelka, czyli znana już Wam Biała Maryśka:

Teraz rozszalały się bzy - lilaki, jarzębiny i jabłonie. 



Zieloność jest wszechogarniająca...



Makbet leniwy...


Kartezjusz czujny ( niczym Karlsson z dachu...)


A Omułek coraz bardziej tolerancyjny wobec dzikiej bandy - tu z Salcią.


Mila za to jak zawsze piękna i dostojna:-))



Jeszcze na zakończenie - rodzinny spacer. W rolach głównych - Wojtek z Bratem i Bratanicą. W tle przemyka Bratowa:-))





czwartek, 18 lutego 2016

Z innej beczki

Napisane na konkurs. Wyników jeszcze nie ma, ale mniejsza o nie. Pisząc bawiłam się świetnie. Jest to fikcja literacka w czystej postaci ale...mogło się to wydarzyć:-))
Hasło konkursowe brzmiało "krucyfiks":

Wiosna

Słońce przygrzewało wiosennie. Powietrze pachniało budzącą się do życia zielenią i żyzną, żuławską ziemią. No dobra, zajeżdżało lekko bajorem. Chaszcze na łące za domem, nieco zaniedbane w ubiegłym roku, sprawiały wrażenie dzikich i niedostępnych. W zasadzie były dzikie i niedostępne. Puszczając wodze fantazji, można było wyobrazić sobie wyskakujące z nich dziki, lwy tygrysy, a nawet dinozaury. I zaczynały się już zazieleniać. Jeszcze kilka dni, a wszystko ruszy pełną parą. I znowu będzie za późno...
Telefon, gdzie jest telefon? 

- Halo, sąsiedzie, dzieńdoberek, co słychać? A roboty dużo? Rozumiem, a nie znalazłby pan chwilki, żeby mój ugór za domem zaorać? Ciężko będzie? Panie sąsiedzie kochany, błagam, bo znowu mi się tunel nad drogą zrobi i mnie latem gzy zeżrą po drodze, naleweczkę mam dobrą, i ciasto upiekę... – głos przemawiający do słuchawki stał się kusząco-gruchający. Sąsiad się złamał.
- Dobra, pani kochana, przyjadem tak w obiad, może być? Stara i tak w sanatorium – sąsiad zamilkł wyczekująco.
- To ja na obiadek zapraszam, schabowe mam.
- Somsiadko, nie trza, nie trza – bez przekonania sumitował się najbliższy posiadacz traktora. – Ale jak pani tak ładnie prosi...
Jezu, czy ja mam jakieś mięso w zamrażarce – z paniką przeszukiwałam czeluście wyładowanej malinami i resztą dóbr z ogrodu zamrażary. Jest! Zwycięstwo! Jak wrzucę do ciepłej wody powinny się zdążyć rozmrozić i może na dwa kotlety wystarczy.
W porze obiadowej mięso na kotlety było już zdatne do użytku. Zaskakująco o czasie, punkt druga zaterkotał sąsiadowy traktorek. Mały, zgrabny i silny, choć nieco już wiekowy. Sąsiad – chłop dość potężnej postury – ledwo się w nim mieścił. Zamknęłam psy, wsunęłam walonki poniuchawszy wcześniej zapach z powietrza. Będzie bagno – utwierdziłam się w wyborze obuwia.
- Dzień dobry sąsiadowi. Dziękuję, że pan przyjechał – uśmiechnęłam się przymilnie.
- Dobry, dobry. To co? Jadziem?
- Jadziem, panie Witku. Tam – wskazałam kłębowisko zielska na terenie dawnej łąki. – Da pan radę?
- Co bym miał nie dać, nie takie rzeczy się robiło – pan Witek wypiął dumnie pierś i wgramolił się za kółko. Zaterkotało i ruszył.
Najpierw szło jak po maśle, potem przemieszczał się do przodu coraz wolniej, potem zaczął jakby się zapadać. Następnie zarzęził i stanął. Zaniepokojony traktorzysta przełożył czapkę daszkiem do tyłu i wychylił się z okna, spoglądając z niepokojem na podłoże.
- Co jest? – Zamruczał. Otworzył drzwiczki i dziarsko wyskoczył. I zniknął.
- O żesz, krucafiks – dobiegło do mnie.
- Panie Witku, co się stało? – krzyknęłam najmilszym i najsłodszym głosem, na jaki było mnie stać w tej chwili.
- Sama pani zobacz! – Zapięłam szczelniej kurtkę, poprawiłam skarpetki w walonkach i jęłam przedzierać się przez dzikie ostępy uschniętych ostów i rzepów. Gdy dotarłam do traktora moim oczom ukazał się widok przekraczający targające mną wcześniej obawy. Traktorek zanurzony był w błocie po kabinę. Koła zniknęły. Obok z błotnistej brei gramolił się z trudem sąsiad.
Dziki rozryły, kurna jego olek i zobacz pani, co się zrobiło.– Wyrzekł, z trudem wydobywając się z brei. Nie udało mu się złapać pionu i padł z powrotem z solidnym rozbryzgiem wokół. Otarłam błoto z twarzy i ostrożnie podeszłam do sąsiada z wyciągniętą rękę. Zaparłam się wolnym ramieniem o traktor i pomogłam umorusanemu od stóp do głów panu Witkowi stanąć na nogach.
- I co robim? – Nieco bezradnie spojrzał najpierw na traktor, potem na mnie.
- Dzwonimy, panie Witku, do sołtysa dzwonimy.
- Jo! On ma ma maszynę największą we wsi, poradzi!
Sołtys oderwany od obiadu nie był zachwycony. Jest to jednak człowiek uczynny, o złotym charakterze (dlatego jest sołtysem).
- No dobrze, zjem i jadę – powiedział nieco zrezygnowany i rozłączył się, bo mu zupa stygła, a sołtysowa nie lubi, jak się coś marnuje.
A my siedliśmy sobie z panem Witkiem na pieńku tuż za granicą bajora, otarliśmy brudne dłonie o czyste i suche jeszcze fragmenty odzieży i westchnęliśmy zgodnie. Sąsiad wyciągnął tytoń i bibułę.
- Chce pani? – Zapytał, skręcając papierosa.
- Jasne, poproszę – odparłam, nie chcąc narazić na szwank naszej  kruchej w tej chwili przyjaźni. Sąsiada machorka była mocna jak sto diabłów, ale co tam. Trzeba się poświęcić.
Kopciliśmy przysłonięci chaszczami, gdy doszedł do nas zachwycający dźwięk nadjeżdżającego swoją maszyną sołtysa.
- Na sygnale jedzie, he, he – zarechotał pan Witek wskazując migające światło. Fakt. Sołtys włączył sygnał świetlny – w końcu jechał na akcję.
Wstaliśmy i tonąc w błocie podeszliśmy do drogi. Dobrze, że chociaż jeden pas był już przeorany, bo przedzieranie się przez rzepy było jeszcze gorsze.
Sołtys wyskoczył ze swojej lśniącej, niebieskiej maszyny – to co, lecimy z koksem? - zatarł ręce. – Wicio, gdzie utknąłeś? – zapytał pana Witka.
- Dawaj tam – wyciągnięta ręka nie pozostawiała wątpliwości, gdzie należy jechać.
- O kurwa – wyrwało się sołtysowi. – Ja mam tam tyłem podjechać? – lekko zwątpił.
- No co, cykorzysz? – podpuszczał go sąsiad.
Sołtys spojrzał na niego spod byka i bez słowa wsiadł do swojego traktora. Po chwili mozolnie i powoli zaczął przemieszczać się tyłem po błocie, siejąc rozbryzg na 2 metry nad maszyną. Lśniący do tej pory i nieskazitelnie niebieski traktor pokrywał się spływającymi smętnie, brunatnymi grudami. Podjechał, manewrując po mistrzowsku i łapiąc grunt na brzegu bajora.Wyszedłszy spojrzał z obrzydzeniem przed siebie, po czym zachęcająco kiwnął dłonią w stronę sąsiada. – Pani zostaje – zaordynował – to nie robota dla kobiety. Mile połechtana tak rycerskim podejściem obu panów przyglądałam się z zapartym tchem dalszym czynnościom. Wydobyli z sołtysowej machiny wielki, metalowy hak i solidny łańcuch. Ślizgając się niebezpiecznie, umieścili hak w stosownym miejscu i ostrożnie, niczym baletmistrze, dotarli do swoich traktorów. Wsiedli. Sołtys ruszył. Spod kół wystrzeliły fontanny błota. Huk, brzdęk.
- Co jest do cholery jasnej – wygramolili się na zewnątrz.
- Patrz, pękł skurczybyk. Krucafiks! – Z podziwem pokręcił głową sąsiad.– Ma pani hak? – Postanowili dopuścić mnie do współpracy.
- Coś mam.
Po chwili przyniosłam wygrzebany w składziku hak. Ważył ze 6 kilo i był naprawdę potężny. Panowie przy wymianie sprzętu holowniczego utytłali się już dokumentnie.
Zgodnie wykonali znak krzyża i wsiedli. Po chwili, siejąc wokół fontanny błota, z rykiem silników zaczęli pomału przesuwać się do przodu.
- O Jezu – jęknął sołtys, spoglądając na swój ukochany, wylalany traktor. Wyglądał teraz jakby przejechał po dnie bagniska. Cały.
- A co z oraniem? – zapytałam nieśmiało. – Somsiadko, ja nie poradze – pokręcił głową pan Witek – może jak obeschnie.
- Ale to już derkacze przylecą i znowu mi zarośnie...
- Ja też nie poradzę, ledwo wyjechałem – sołtys był nieubłagany. Polecam się na przyszłość – skłonił się jak na dżentelmena przystało, po czym wsiadł do traktora, nieco się przedtem otrzepawszy.
– Pani się nie martwi, zjemy, odsapniem, i po bokach trochę przelecę. A tam najwyżej będzie pani te dziki miała...


P.S. Na zdjęciu powyżej prezentuję możliwości żyznej, żuławskiej ziemi...

środa, 27 stycznia 2016

Dobry Omen


 Na nic zdało się postanowienie, że na razie nie będziemy brać drugiego psa. Nie mogłam się powstrzymać przed przeglądaniem ogłoszeń. Wczoraj, na fb schroniska Psi Raj z Pasłęka zobaczyłam jego...Omena. Zdjęcie przedstawiało kudłatego miśka. Po przyjeździe misiek okazał się być psem kudłatym...hmmm. do połowy. Druga połowa jest lekko łysa. Okazał się też być psem wiekowym i w nie najlepszej kondycji.Został znaleziony poraniony w rowie przydrożnym pełnym wody, prawie zamarznięty na śmierć. Larwy much wyjadały mu ciało. Pani Basia z Psiego Raju zrobiła co w ludzkiej mocy, by go uratować. Sierść jeszcze nie całkiem odrosła, łapki słabe,  ale nie mogliśmy go nie wziąć. I tak Omen trafił do naszego Siedliska. Z Milą dogadali sie od razu. Chociaż chłopak zapałał do niej dość ognistym uczuciem i jak tylko dojdzie do siebie trza będzie pomyśleć o odjajczeniu. Gorzej z kotami. Bo Omen kotów nie zna. Nie to, żeby chciał pożreć na kolację. Ale powarkuje i łypie nieprzyjaźnie. Acz reaguje na komendy i jest nadzieja, ze skuma, że koty są nietykalne. Na razie Omen rezyduje w kuchni, koty i Mila u nas, a my jak za starych, niuniusiowych czasów, gdy Mila miała cieczkę, przemykamy się do kuchni, a zwierzaki mają " śluzę" to znaczy pies wchodzi i wychodzi frontowymi drzwiami, a Mila jakby co od strony ogrodu. Nie chcemy ryzykować, bo w zeszłym roku Milka miała bardzo niewyrazistą cieczkę zimową...
Taaak, zachciało się babie psa, to ma...

Omen


niedziela, 17 stycznia 2016

Ciasto z buraków? No jasne!

Wynik wczorajszego eksperymentu:-)) Ciasto buraczkowo-czekoladowe z porzeczkami. Chodziło za mną już od dawna, ale ponieważ zima jest i powinnam programowo gubić wałeczki - starałam się wykazać opanowanie w łakomstwie. Ale skoro w sobotę miały wpaść wieczorkiem przyjaciółki...czego się nie robi dla przyjaciółek, nieprawdaż?
A oto efekt:


Przed pieczeniem. Masa jest raczej płynna - konsystencja jak na racuchy, może ciut gęściejsza, ale niewiele.


Pieczemy w rozgrzanym piekarniku ( 189 st.C ). do " suchego patyczka". U mnie około 40 min.
Po upieczeniu można posypać cukrem pudrem, można polać polewą czekoladową, albo na przykład posmarować konfiturą porzeczkowa i wstawić jeszcze na chwilę do piekarnika, żeby się skarmelizowała od góry.
W przekroju jest wilgotne i puszyste:


Wersje przepisów są dwie. Wegańska i tradycyjna.
Wegańska to lekko zmodyfikowany przepis z "Jadłonomii" ( Kocham tę książkę! )
Ja robię ja tak:
Weź:
1 szklankę mleka sojowego, 1 łyżkę łagodnego octu jabłkowego, 1 łyżkę siemienia lnianego i trzy łyżki lekko ciepłej wody. Siemię zmieszaj z woda, odstaw by napęczniało. Mleko wymieszaj z octem. Zostaw na jakieś pięć minut.
W tym czasie weź:
1 szklankę cukru ( najlepiej brązowy, ale może być każdy ). Ja daję cukier, który trzymam w słoju z laską wanilii - dzięki temu nie muszę dodawać ekstraktu waniliowego. dwa ugotowane, starte i zmiksowane buraki ( takie większe ), 3/4 szklanki oleju "3 ziarna" lub innego z pierwszego tłoczenia, szklankę mąki pszennej i pół szklanki grahamki, szklanka kakao lub 3 łyżki kakao i 1 tabliczka rozpuszczonej w kąpieli wodnej dobrej czekolady, 1 łyżeczkę sody oczyszczonej, szklanka czarnych porzeczek z cukru ( lub z nalewki ) i...200 ml nalewki z czarnej porzeczki ( najważniejszy składnik!).
Wymieszaj suche składniki.
Mokre dodaj do mleka sojowego z octem, w którym wcześniej rozprowadź siemię. Miksuj przez chwilę i cały czas miksując dosypuj suche. Jak już ciasto będzie gładkie dodaj obtoczone w mące porzeczki. Delikatnie wymieszaj i do piekarnika. Jest boskie.
Wersja tradycyjna:
3 jajka, 2 szklanki mąki ( pół na pół grahamka i zwykła pszenna ), łyżeczka sody oczyszczonej, szklanka cukru ( albo z wanilią, albo dodaj też ekstrakt waniliowy ), 3/4 szklanki oleju z pierwszego tłoczenia, duża tabliczka gorzkiej czekolady, 3 łyżki kakao, 2 solidne buraki ugotowane, starte i zmiksowane, 200 ml naleweczki i porzeczki.
I tak jak w poprzednim przepisie - najpierw miksujemy mokre, czyli buraki, olej, jajka, czekoladę rozpuszczoną w kąpieli wodnej i naleweczkę, do tego cały czas miksując dosypujemy wymieszane wcześniej suche i na koniec dodajemy porzeczki.
I oto jest!