czwartek, 26 lutego 2015

Powrót do tradycji



Nasze Stowarzyszenie "Dwie Wsie" zakończyło realizację projektu realizowanego ze środków z Programu Obszarów Wiejskich na lata 2007-2013. Projekt pod nazwą "Powrót do Tradycji-modernizacja świetlicy wiejskiej w Węzinie i warsztaty chlebowo-serowarskie"
Projekt otrzymał dofinansowanie ze środków Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich w ramach działania 414 „Wdrażanie lokalnych strategii rozwoju”, z zakresu małych projektów. Dofinansowanie wyniosło 46 156 07 zł ( czterdzieści sześć tysięcy sto pięćdziesiąt sześć złotych, siedem gr.). Wkład własny finansowy Stowarzyszenia – 1059,02 zł ( tysiąc pięćdziesiąt dziewięć zł. dwa gr. ), a wartość pracy wolontariuszy – 10 480 zł ( dziesięć tysięcy czterysta osiemdziesiąt zł ). Pełen koszt projektu to 57 695 zł 09 gr.
W ramach projektu wykonano remont świetlicy wiejskiej w Węzinie celem przystosowania jej do organizowania tam warsztatów serowarskich i chlebowych. Wymieniono instalację elektryczną, a w miesiącu lutym odbyły się w świetlicy  warsztaty serowarskie i chlebowe. 
Wszystkie prace przygotowawcze do prac modernizacyjno-remontowych wykonane zostały przez wolontariuszy, a było ich co niemiara. Bo też i stan techniczny naszej świetlicy był opłakany. Mimo zastosowania podpór i zabezpieczeń mało brakowało, a strop rozpadłby się podczas rozbiórki, ze nie wspomnę o ściance działowej, która trzymała się ledwie, ledwie. 
Za to teraz do świetlica jaśnieje. W warsztatach serowarskich i chlebowych w sumie wzięło udział ponad 50 osób. Wykonaliśmy cztery rodzaje serów tradycyjnych podpuszczkowych i upiekliśmy chleby wiejskie na zakwasie w naszym piecu chlebowym.
Wszystkim, którzy poświecili swój czas serdecznie dziękujemy i zapraszamy do obejrzenia fotorelacji:

Demolka:


Nasza ekipa remontowa


Sala główna już gotowa


Warsztaty



Chleb


wtorek, 24 lutego 2015

Powalentynki




Walentynki u nas nierozerwalnie wiążą się z rocznicą. W tym roku stuknęło nam już wspólne 24 latka. Kawał czasu, jakby nie patrzeć. Co do romantyzmu - hmmm... W dniu rocznicowym, czyli konkretnie 12 lutego, Wojtek leżał " jak z diabła skóra " ( tak mawiał mój dziadek ) i rzęził pokasłując. Zmogło go. Za prezent uznałam brak gorączki, bo wówczas właściwie czułabym się jak pielęgniarka na OIOMIE. W walentynki natomiast mieliśmy w świetlicy wiejskiej warsztaty serowarskie. I nie były to " jakieś tam, kolejne sobie warsztaty" lecz warsztaty inaugurujące działalność wyremontowanej w ramach projektu z funduszy unijnych świetlicy. Projekt ten w czasie realizacji niemal mnie wykończył ( i wykańcza nadal bo jeszcze wniosek o płatność...) więc i wydarzenie niebagatelne. Było 28 osób! Część pań przyszła z ciekawości, ale spora grupa faktycznie z zapałem i uwagą warzyła sery. Nie wyłączając pani Wójt i prezeski LGD Łączy nas Kanał Elbląski, Stasi Pańczuk, bez której z projektu byłyby nici, bo wspierała i wspiera z całych sił. Polecam Waszej uwadze zdjęcia wnętrz świetlicowych. Projekt i wykonanie jest dziełem ekipy elbląskiej z firmy Design. Fajne, prawda? I pierwszy raz trafiła mi się ekipa budowlana, która można było pozostawić przy robocie. Zazwyczaj trzeba stać nad takim fachowcem jak kat nad dobrą duszą i pokazywać paluszkiem: " o, zobaczy pan, jeszcze tam ma pan nie zrobione...". A tu - proszę. Robota aż furczała w rękach.
Co do romantyzmów walentynkowych...jakby to powiedzieć...Wojtek wspiął się na wyżyny. Przyjechał Jacek, czyli nasz szwagier od cudów remontowych i wzięli się chłopaki za łazienkę. Dostałam więc nową umywalkę, niecieknącą baterię umywalkową i...taaadaaam! - nowy kibel! Szczyt romantyzmu, nieprawdaż? Ale kto zna naszą drogę przez mękę z kanalizacją, szambem itp ( ci co widzieli wiedzą o co chodzi ) - ten nie będzie się dziwił mej radości. Prezent doceniam!
Asia

czwartek, 5 lutego 2015

Droga Gminna - ciąg dalszy opowieści


Wydaje się Wam, że już widzieliście te zdjęcia? Nie, kochani, to nóweczki. Dzisiejsze. I całkiem inny kurier zakopany w całkiem innym miejscu. Również traktor jest całkiem inny, ponieważ panowie zakopali się w dość niefortunnym momencie dnia. Nasi sąsiedzi o tej porze krowy doją i było ryzyko, że kurierzy będą stali na tym polu dwie godziny. Na szczęście jednego z naszych nieocenionych sąsiadów ( dziękujemy Janku! ) miał kto zastąpić i przybył na ratunek swą niezawodną maszyną. Faktem jest, że ktoś się na naszej drodze gminnej zakopuje średnio raz na dwa miesiące ( bywa, że częściej jak nie zachowa czujności ). A my mamy już wprawę lepszą niż Hołowczyc:-))) A jutro mają dojechać formy do serów... też kurierem. Będzie się działo...

Próba honorowa, acz beznadziejna. Jeepik by sobie poradził Fordzik niestety poległ...


Dopiero przybyły na pomoc sąsiad w swojej niezawodnej maszynie dał radę ruszyć dostawczaka. A tam ludzie na paczki czekali...


poniedziałek, 2 lutego 2015

Lampa



Przez dobre dwa lata wisiała w naszej kuchni lampa - obraz nędzy i rozpaczy. Totalna prowizorka, paskudna, żółta, plastikowa. Podłączona na chwilę, zanim nie kupimy lampy docelowej. Przez dwa lata przeryłam cały internet, w każdym mieście, w którym byliśmy szukaliśmy sklepów z oświetleniem i nic... To znaczy były, oczywiście, że były. Lampy cudeńka, lampy vintage, lampy super błysk i nowoczesność. Najróżniejsze, które tak czy inaczej pasowałyby do naszej kuchni. Ale ceny przyprawiały o zawrót głowy i wywoływały żałosny szloch mojego węża w kieszeni.
A rzeczona lampa musiała pasować zarówno do tej części z lekka staroświeckiej, ze ścianami z bali, włocławkiem na ścianach i cacuszkami na półkach, jak i do części czysto kuchennej, gdzie sklepienie jest kolebkowe, z odsłoniętej przez nas czerwonej cegły, a wyposażenie nowoczesne - INOX i nierdzewka. Ponieważ w sklepach nic takiego nie znalazłam, postanowiłam wziąć sprawy we własne ręce i lampę...zrobić. W leclercu nabyłam słoik ze srebrną pokrywką za oszałamiającą kwotę 6,50 zł, do tego 2 metry łańcucha, srebrny kawałek oprawki ( resztę oprawki wzięłam ze starej lampy, bo mi gamonie w sklepie nie skompletowali ), no i kabel od jeszcze innej lampy. W sumie materiały kosztowały jakieś 20 zł. Robota zajęła mi jedno popołudnie. I jest! I przyznam się, że dumna jestem niesłychanie. Bo świeci:-))

Prowizorka już jest "na śmietniku historii".


Elementy składowe...



Efekt:-))


piątek, 30 stycznia 2015

Klinika mebli



Nudziło mi się. Lekki stan podgorączkowy, na zewnątrz zimno jak piorun i wietrznie, Wojtek okupował komputer. Coś trzeba by zrobić. A w kuchni stało sobie rozeschnięte do imentu nasze ulubione, zabytkowe krzesło. A drugie rozwalone w drobiazgi w oborze czekało aż mi natchnienie przyjdzie. Niestety krzesła u nas od czasu do czasu wymagają...hmmm...rewitalizacji. Bo ktoś ( przez delikatność nie wskażę kto, ale pewnie i tak wiecie...) siedząc przy kompie przyjmuje pozę wyluzowanego Amerykanina. Nie ma mebla, który by to na dłuższą metę wytrzymał. No i krzesło, które parę lat temu już odnawiałam - poległo. Przyniosłam zatem walające się części i przystąpiłam do prac naprawczych. Uciechy było co niemiara, bo opalarka jeszcze nóweczka niebiegana, więc z dużą radochą rozgrzewałam stare pozostałości kleju.
Z krzesłami poszło szybko, a ja miałam niedosyt. Padło na stół przytargany od sąsiadki, która sprzedawała dom. Chciałam doczyścić mu blat - tylko do zabezpieczenia, tak, żeby zostało surowe drewno, a nogi jedynie lekko myknąć. Niech będzie widać, że to staroć.
Ale małą szlifierką czyścić taką dużą powierzchnię? Niecierpliwośc mnie sparła i zawołałam Wojtka, co by przeleciał blat szlifierą od czyszczenia ścian z bali. Wojtek spojrzał na mnie i zapytał:
- Jesteś pewna? Bez namysłu odpowiedziałam, że tak. Na co on:
- Napyli ci się.
-To sprzątnę.
-OK. - Stwierdził mój chłop.
Po 30 sekundach zajarzyłam. Pył był wszędzie. O ja nieogarnięta! Zupełnie zapomniałam, że podczas czyszczenia tym draństwm obroty sa takie, że drobiny wciskają się wszędzie, a w powietrzu zamiast tlenu jest pył.
Efekty: czysty blat stołu w niecałe 10 minut. Sprzątanie kuchni - ponad 2 godziny. Potem mi się już nie nudziło, bo padłam...

Nawet Kartezjusz był znudzony



Krzesło rozłożone na czynniki pierwsze. To stara dobra robota. Kiedyś pisałam o nim - kolega, który pracuje w muzeum ocenił je na tzw. wiejski barok. Drewno wiązu, łączenia bez żadnych gwoździ, czy wkrętów.




Trzeba sobie jakoś radzić...zamiast ścisków stolarskich moja wielofunkcyjna apaszka ( często używana do stylizacji w sesjach fotograficznych:-))



Precyzyjnie nawiercone otwory na kołki. Stare łączenie pękło. Wiercił Wojtek.


Kawałek drugiego krzesła


I stół, na blacie mała szlifiereczka.





A tak wyglądała potem kuchnia...




I jeszcze szafa kuchenna. Też od sąsiadki. I tylko nie wiem, czy ją czyścić do żywego, czy potem przecierać, czy tylko podszlifować gdzieniegdzie i zostawić tak jak jest. Taki vintage na maxa?




poniedziałek, 26 stycznia 2015

Epizod



Przeczytałam kiedyś zdanie, które utkwiło mi w pamięci, że jesteśmy tylko krótkim epizodem w długim życiu rzeczy. Prasując dzisiaj pościel pomyślałam, że tak jest rzeczywiście. Moja ulubiona pościel jest biała, zdobna w falbanki, hafty, mereżki, koronki. Tkana z solidnego, grubego, naturalnego płótna. Nie do zdarcia, choć liczy sobie już pewnie ze 100 lat. Te piękne poszewki dostałam kiedyś w prezencie od Bożenki - internetowej bratniej duszy, która znając moją ogromną słabość do "babcinych" pościeli - przesłała mi paczkę pełną cudów. Nie znam ich historii, nie wiem, kto składał na nich swoją głowę, jakie miał sny, o czym marzył. Patrzę na wyhaftowane monogramy i lubię mysleć, że była to część wiana szczęsliwej narzeczonej. Która snując marzenia o przyszłym życiu z ukochanym, wieczorami wyszywała razem z babcią, mamą lub ciotką swoją panieńską wyprawę. Inne poszewki kupiłam niegdyś na targowisku w Gdańsku-Wrzeszczu. Młodsze, powojenne już, ale także piękne. Sprzedawała je siwiuteńka staruszka, szczuplutka, uczesana w gładki kok. Biłam się z myślami, czy je kupić, bo pani, pokazując poszewkę, pogładziła wypukły haft, jakby z czułością. Musiały być jej drogie i wiązać się z masą dobrych wspomnień. Ale potem pomyślałam, że przecież i tak ktoś je kupi, bo pani musi je sprzedać, żeby móc przetrwać. A jeśli trafią do mnie - ich historia się nie skończy, po prostu zacznie się nowy epizod...
Jeszcze większy sentyment mam do obrusa, który jest w naszej rodzinie od wielu lat. Nie wiem czyje zdolne dłonie wyczarowały na nim kolorowe kwiaty, wiem tylko, że moja Babcia wyszyła monogram na rogu, żeby obrus nie zagubił się w pralni. Sięgam pamięcią i widzę całą rodzinę siedzącą przy stole w mieszkaniu Babci i Dziadka. Słyszę ich śmiechy i głosy. Prawie jakbym tam była. A przecież to niemożliwe. Bo nie ma już Babci i Dziadka, nie ma mojej Mamy, nie ma Gosi, mojej najmłodszej Ciotki, która była dla mnie jak starsza siostra. Oni odeszli, a w tym mieszkaniu żyją już obcy ludzie. I tylko w przedmiotach pozostało echo dawnych głosów i emocji. Gładząc wykrochmaloną, gładką strukturę materiału przywołuję wspomnienia - swoje i te, krążące w przestrzeni - chcąc dostrzec wszystkie epizody w długim życiu otaczających nas przedmiotów.

Koronki, hafty, mereżki, niczym skarby z zaczarowanego kufra...





Do kogo należała ta wyprawa? E.S...Kim byli, gdzie mieli swój dom, jakie było ich życie?


Współczesna pościel, nawet uszyta w podobnym stylu zapewne nie przetrwa wieku. To płótno nadal jest mocne.






Gdy puszcza nitka splotu staram się delikatnie połączyć materię, tak by po naprawie nie pozostał nawet ślad...


Obrus mojej Babci.

I monogram - RH 13 - wszystkie nasze obrusy i cała bielizna pościelowa miały takie oznaczenia. Osobiście ganiałam jako dzieciak  z pakami do pralni...


P.S.Ciocia sobie przypomniała, że obrus powstał w latach 50-tych. Wyszywała go mocno już starsza pani, która mieszkała po sąsiedzku z babcią, na parterze. 

piątek, 23 stycznia 2015

Ze szczęką na deskach


Lubię poszaleć w kuchni. Wymyślać nowe zestawienia ziół i przypraw, piec chleb, "strzelić" jakieś sery. Lubie tez pogrzebać w sieci w poszukiwaniu inspiracji. Nie inaczej było wczoraj. Trafiłam na bloga Eli Duban W Poszukiwaniu Slow Life, zafrapowało mnie zdjęcie na wejściu. Ser, chleb, czyli to co tygrysy lubią najbardziej. Im dalej cofałam się w blogowych wpisach tym mój podziw rósł. Kiedy cofnęłam się do zarania bloga szczęka mi opadła i do dziś " leży na deskach". Ela przetestowała większośc przepisów z kultowej ksiązki domowych serowarów Ricki Carrol "Domowy wyrób serów" , a jak widać na zdjęciach zrobiła to z powodzeniem. No i chleby, które piecze - najróżniesze i wszystkie bardzo, bardzo zachęcające.
Jeśli chcecie się poinspirować serowarsko i chlebowo - zajrzyjcie do Eli na bloga. Warto:-))

http://wposzukiwaniuslowlife.blogspot.com/

niedziela, 11 stycznia 2015

Felix



Jak zapewne wiecie tytułowy Felix przewinął się w ten weekend przez praktycznie całą Polskę. Przewinął, a raczej przewiał. U nas jak dotąd było "lajtowo". Poza tym, że wyjście na zewnątrz grozi urwaniem głowy lub też oberwaniem gałęzią - nie jest źle. Wczoraj stanowczo odmówiłam wystawienia nosa z domowych pieleszy. Wróciwszy w piątek po południu z dwudniowego szkolenia( piszemy projekt na funkcjonowanie świetlic w 7 miejscowościach w całej gminie i trzeba było ustalić wszystkie szczegóły, bo projekt jest w partnerstwie 9 stowarzyszeń i Gminy Elbląg, a nasze stowarzyszenie jest liderem projektu ), ledwie zdążyłam wejść do domu, a już prawie trzeba było jechać po naszą studentkę. Wojtek chory, więc padło na mnie. Mimo, że padało przez cały dzień jeszcze udało mi się spod domu wyjechać. Pod rozległymi kałużami był lód. Jeszcze nawet udało mi się wrócić. Ale jak odstawiałam samochód do utwardzonej części drogi jakoś tak mnie zarzuciło w koleinkę, że prawie się zakopałam. Słabo mi się zrobiło, nogi mi zmiękły, bo to noc ciemna, głucha i wietrzna, kto by mnie wyciągał... - ale dałam radę, choć ślady kół w błotnistej mazi były przerażające. Tak więc sobota przeznaczona była na relaksik. Ale dzisiaj trzeba było się wywlec prosto w objęcia Felixa, który wiał tak, ze zapomniany stolik z tarasu przemieścił sie po łuku w okolice płotu. Ładny kawał. Wicher w mieście nie był aż tak uciążliwy jak na naszym wygwizdowie i poczułam się nawet orzeźwiona. Za to potem zatęskniło nam się za zapachem i smakiem lata. Upiekłyśmy więc tarty!
Królową była tarta z kozim serem, pomidorami, oliwkami i bazylią. Ten zapach...
Dwie księżniczki to tarty porowe. Jedna klasyczna z farszem jajecznym z szynką wiejską, kwaśną śmietaną i kilkumiesięcznym serem dojrzewającym, a druga z boczkiem i kozim serem. Tego nam było trzeba. Teraz popijamy herbatkę ziołową o wdzięcznej nazwie " Motylem byłam..." i liczymy, że to wystarczy, aby tarty nie poszły w bioderka.
Dobrego tygodnia!

A nasi "chłopcy" wietrzne i zimne dni lubią spędzać tak:

Kartezjusz vel Kajtezjusz vel Kajtek


Makbet, czyli BumBuń, Bumbulek, MacBęcek itd...