czwartek, 10 kwietnia 2014

Łoś!!!



No przecież! Jak ja mogłam zapomnieć? Podczas całego pobytu na Podlasiu marudziłam i jęczałam, że chcę zobaczyć łosia> Bo Podlasie z łosi słynie, a ja w życiu wolnego łosia nie widziałam - za siatka, na Kaszubach, w Łosiowej Krainie to i owszem, ale takiego wolnego łosiowego ducha to nie. I już myślałam, że nic z tego, kiedy w drodze powrotnej, tuż przy drodze zobaczyłam tego zwierza. Pani łosiowa, jak malowanie. Była uprzejma i pozwoliła się sfotografować. Aczkolwiek nie był to podlaski łoś, jeno mazurski, bo spotkaliśmy go pod Orzyszem:-)))
A teraz znikam. Jadę do Pałacu w Galinach na szkolenie z Urzędu Marszałkowskiego Warmii i Mazur. I pogadać o...warsztatach w Galinach. Relacja będzie.
Asia

wtorek, 8 kwietnia 2014

Podlasia czar



Miniony weekend jak zapewne wiecie spędziłam na Podlasiu. Były warsztaty serowarskie, było pieczenie chleba, było wspólne gotowanie podlaskich potraw, ale najważniejsze, że byli tam fantastyczni ludzie. Zebrała się "silna grupa pod wezwaniem". Energii razem mieliśmy tyle, ze zamiast zrobić 4 sery zrobiliśmy 5 ( a właściwie nawet 6 bo rano jeszcze był bundz), ubiliśmy masło, upiekliśmy kilka chlebów i pogotowaliśmy razem podlaskie specjały. I choć może wydawać się to niemożliwe udało mi się jeszcze wybrać na wycieczkę po podlaskiej krainie (trochę przyspieszoną). Odkrywanie Podlasia było możliwe dzięki Krysi z bloga WŁASNY KAWAŁEK RAJU. Z Krysieńką znałyśmy się dotąd tylko z netu, z rozmów telefonicznych. Możliwość spotkania się z Krysią, uściskania jej, pogadania - to jedna z najjaśniejszych stron tej wyprawy na Podlasie. Dziękuję Ci, Krysiu, za te cuda, które mi pokazałaś:-)))
Podlasie mnie zaczarowało. Klimatem, przyrodą, ludźmi. Spójrzcie proszę na lipę powyżej - to żywa rzeźba, wykonana przez lokalnego, wiejskiego artystę. Nie wiem, czy zdjęcia oddadzą urok tej krainy, ale przynajmniej spróbuję...

Przedwiośnie nad Biebrzą...



Łany zawilców i przylaszczek w Biebrzańskim Parku Narodowym.






We wsiach ostały się jeszcze stare, drewniane spichlerze. Zwyczajowo budowano je po drugiej stronie drogi niż dom.



I dom. Zwróćcie uwagę na zdobienie szczytu - deski ułożone są "w pajęczynę".



Detal żywej rzeźby.



A tu już u Krysi. Trzy Gracje:-)))




Luna


Po atrakcjach turystycznych nastąpił powrót do Kryłatki, na warsztaty, a tam:
Prawie cała grupa warsztatowiczów - trzy osoby musiały wyjechać wcześniej.



Kuchnia Gosi Ostapowicz w Leśnym Dworku. Piękna, prawda?



Będą podlaskie baby wielkanocne. Jeszcze tylko muszą wyrosnąć...





wtorek, 1 kwietnia 2014

Szczęśliwym być



Wiosna generalnie nastraja mnie optymistycznie. Zawalona robotą jestem okrutnie i muszę przyznać, że...dobrze mi z tym. Ostatnio oderwawszy się na chwilę od komputera i robiąc przegląd budzącego się ogrodu doszłam do wniosku, że...mam szczęście. Bo żyję tak jak chcę, mieszkam w pięknym miejscu z ludźmi, których kocham i zwierzakami rozjaśniającymi mój dzień. A na dodatek praca sprawia mi  radość. Bo chyba nie ma nic gorszego od wykonywania pracy, której się nienawidzi. W pracy spędzamy praktycznie pół życia. Moim zdaniem to prawdziwa tragedia, kiedy człowiek zwleka się rano z łózka i z ciężkim sercem idzie do roboty. A tam znienawidzony szef, równie znienawidzone obowiązki i trudne do wytrzymania 8 godzin, albo i więcej. Wiem co mówię. Też tak miałam. I powiedziałam sobie: nigdy więcej! Szkoda życia. Jasne, czasem łatwo nie jest. Bo praca "na swoim" wymaga dyscypliny, bywa, że pracuje się nie zwyczajowe 8 godzin, ale kilkanaście. Bywa, że są wyjazdy, kiedy w zasadzie w pracy jest się non stop przez tydzień. Ale jaka to frajda! Sama nie wiem, czy wolę nasze wyjazdy reportażowe, czy...prowadzenie i organizowanie warsztatów. W każdym przypadku mam okazję spotkać i poznać fantastycznych ludzi, zobaczyć nowe miejsca. I zawsze ja również czegoś się uczę. I chociaż zmęczenie po takim maratonie daje znać o sobie, z tym większą przyjemnością wraca się do domu. A tam rozmerdane psie ogony, rozpuszczone do granic możliwości koty, budzący się ogród i rodzina.
Jak już człek ogarnie się trochę, siada do roboty stacjonarnej. Ostatnio kończyłyśmy z córką redakcję przewodnika (tak, tego samego, którego część pisałam). Redagowanie tekstów bywa mozolne, tym razem jednak jeden z autorów rozłożył nas na łopatki. Rozdział pisany przez niego w swojej wymowie przypominał nieco stylem powieści młodopolskich pisarzy, ba - momentami zahaczał nawet o poezję. Malownicze meandry i zakola, do których dopływałyśmy płynąc. Mijane prawe i lewe brzegi otoczone przez lasy bądź bagniska, liczne bystrza, przenoski trudne i mozolne ( niektóre nawet i po 800 metrów...). To wszystko podziałało nam na wyobraźnię.Ba - w pewnym momencie dostałyśmy nawet klasycznej głupawki.  Śniłyśmy potem o meandrach rzeki. A rankiem doszłyśmy do wniosku, że spływ tą trasą mamy już zasadniczo zaliczony. Ale kto wie, może do lata nam przejdzie i jednak się machniemy na kajaki.
A wczoraj, gdy zmagałam się z przycinaniem w malinowym chruśniaku, od sekatora oderwał mnie dźwięk telefonu. Ku swojemu zdziwieniu usłyszałam tekst, jaki zazwyczaj sama wygłaszam: " Dzień dobry, dzwonię z redakcji "X" i chciałabym zrobić o pani reportaż". Zatkało mnie, bo jako żywo się nie spodziewałam. Miła pani dziennikarka podpytywała mnie o to nasze wiejskie życie, duży nacisk kładąc na fakt, czy na decyzję o przeprowadzce miała wpływ może utrata pracy. Pomyślałam przez chwilę i odparłam, że jakby się tak głębiej zastanowić to tak. Bo dziękowałam Najwyższemu w niebiesiech, że mnie z roboty wywalili, której nienawidziłam i postanowiłam, że " nigdy więcej". Usłyszawszy to pani redaktor z wyraźnym zadowoleniem w głosie zapytała czym się zajmuję. I tu musiałam ją, niestety, rozczarować. Albowiem jestem przecież dziennikarką (głównie), a jak znam życie żadna naczelna tekstu o przeżyciach dziennikarki " nie łyknie". Miałam rację, bo wieczorem dostałam maila, że istotnie nie łyknęła. Rozmowa z przesympatyczną dziennikarką (mimo, że na bycie bohaterką reportażu nie mam szans) bardzo pozytywnie wpłynęła i na moje samopoczucie i dalszy zapał do robót ogrodowych. Ale wiecie co? Poczułam się ździebko dyskryminowana. Bo gdybym była na ten przykład korektorką, albo dójką krów mlecznych to reportaż by był, a o dziennikarce nie można...:-)))
A teraz zapraszam do ogrodu i z krótką jeszcze wizytą do Rudej Wiedźmy, gdzie mieliśmy warsztaty serowarskie. I dobrego samopoczucia Wam życzę tej wiosny!

Najpierw ogród, a w nim:

                                                                              Bazie


Kwitnący ciemiernik

                                                         

                                                         Kwitnąca porzeczka ozdobna


Narcyz, też kwitnący

                                                                       Złoć żółta (lubię ją)



                                                  Migdałek (lada moment "się rozpęknie")



                                                                 Estragon ruszył jak szalony



                                                            Rabarbar jeszcze nieśmiało



                                                            Połyskujące oleice krówki już łażą



                                           A Ciocia jest w swoim żywiole i chwalić Boga czuje się lepiej


Obok kwitnącej forsycji staram się nie przechodzić, bo uczulona jestem. Ale i tak jej nie wytnę.



                                                                       Berberys?


                                           Przewiesiliśmy szafkę kuchenną. Salci się podoba



A to już u Rudej:-))) Więcej zdjęć z warsztatów na fb Akademii Siedliska pod Lipami: TUTAJ oraz na blogu, a galerii: TUTAJ

                                                      Bufet dla uczestników warsztatów:



                           Bufet dla kotów ( tak się opiły serwatki, że ledwie się toczyły na łapkach:-))





                                            Martynka, bratanica Wojtka, dzielna amazonka.




A o czym będzie następny post jeszcze nie wiem. Wiem, że w piątek mamy warsztaty na Podlasiu, a w przyszłym tygodniu czeka mnie dwudniowe szkolenie (tym razem ja się będę szkolić)... Znowu bedzie się działo!
Asia
P.S. Mamy też nowy wpis na blogu dziennikarskim - garstka wspomnień z Mazur:-))) STARA SZKOŁA

czwartek, 27 marca 2014

Akademia Siedliska pod Lipami




Zastanawialiście się zapewne gdzie jesteśmy  i co robimy kiedy nas nie ma...Jak widać na powyższym obrazku nadal jesteśmy w Siedlisku. Tyle tylko, że nastąpiła "profesjonalizacja działań". Okazało się, że nasze warsztaty cieszą się zainteresowaniem, a idea życia w zgodzie z naturą, produkowania własnej żywności, robienia serów i pieczenia chleba jest bliska nie tylko nam. Postanowiliśmy więc założyć Akademię Siedliska pod Lipami. Oprócz warsztatów serowarskich i chlebowych organizujemy również warsztaty piwowarskie, sommelierskie, wędliniarskie. W planie mamy warsztaty robienia cydru, które odbędą się w Siedlisku we wrześniu, bo przecież warto wykorzystać w godny sposób te góry przepysznych jabłek:-))
Zapraszamy na bloga Akademii:-))) Relacja z warsztatów w Stajni Rudej Wiedźmy już niebawem. A działo się tam! Działo...

AKADEMIA SIEDLISKA POD LIPAMI

piątek, 7 marca 2014

Warsztaty serowarskie na Podlasiu






Warsztaty serowarskie i chlebowe w Stajni Rudej Wiedźmy zaplanowane, produkty zamówione, miejsca porezerwowane  i teraz tylko czekamy niecierpliwie 22 marca. Ale nie czekamy bezczynnie! Kolejne warsztaty odbędą się na Podlasiu, krainie, która kocham i zawsze wracam tam z radością. Zaprosiła nas Małgosia Ostapowicz do swojego Leśnego Dworku w Kryłatce . Tym razem oprócz wyrobu sera i wspólnego wypieku chleba zajmiemy się też odkrywaniem tajników podlaskiej kuchni. Musicie bowiem wiedzieć, że Małgosia ma smak absolutny i uchodzi za mistrzynię wyczynów kulinarnych. Ponieważ Święta Wielkanocne zbliżają się wielkimi krokami zajmiemy się tradycyjnymi, podlaskimi smakołykami przygotowywanymi na Wielkanoc. Na pewno będzie słynna baba z bakaliami. To Małgosia mi zdradziła. Jak zdradzi jeszcze jakieś elementy tej kulinarnej niespodzianki - szepnę Wam słówko:-))) Rozwija się też idea warsztatów chlebowych. Czy wyobrażacie sobie jak to jest upiec chleb tak od początku do końca? Co jest początkiem? Zmielenie zboża w kamiennych żarnach. Krzysiowi Jaworskiemu, naszemu mistrzowi od serów udało się zdobyć historyczne, kamienne żarna domowe. Kiedyś pewna pani opowiadał mi, że jak była małą dziewczynką, gdy chleb się kończył mama wysyłała ją do spiżarni, mówiąc - idź córcia, zmiel ziarna na mąkę. I córcia biegła w podskokach aż jej podrygiwały cieniutkie warkoczyki, przyklękała na drewnianej podłodze spiżarni i przez kilkanaście minut mieliła ziarna, by mama mogła nastawić ciasto na chleb. Jasne, że na co dzień dziś tego nie robimy. Kupujemy mąkę ( lepszą, albo gorszą, my staramy się zamawiać z dobrych młynów ). Ale cała reszta pozostała taka jak przed wiekami. Nawet jeżeli w wyrobieniu i wyrastaniu ciasta pomaga nam maszyna do chleba, albo wymyślny robot kuchenny i tak sedno pozostaje takie samo. Ciasto chlebowe rośnie, bo rodzi się w nim życie. Pachnie. Potem naszymi dłońmi kształtujemy bochenek, a ostatni etap to już czysta poezja. Zapach pieczonego chleba w domu nie da się porównać z niczym. I teraz wyobraźcie sobie taką świeżutką, pachnącą pajdę posmarowaną masłem. Ale nie takim ze sklepu. Prawdziwym masłem, zrobionym własnoręcznie z zebranej przed robieniem serów śmietany. To zajmuje tylko parenaście minut! Czy znacie smak prawdziwego masła? Nie? To zapraszam do Kryłatki!
Zgłoszenia: joanna.wlodarska@onet.eu
tel.kom: 505-061-237

Link do  Wydarzenia na Facebooku   Warsztaty serowarskie

Lesny Dworek w Kryłatce. Tuż za domem jest las...Bajka, nie?



Jedna z odmian ziołowych serów:-)))



Małgosine pasztety i rolady...

Będzie się działo!

P.S. Mamy borsuka tuż obok siedliska!!!!

poniedziałek, 17 lutego 2014

Na przekór supermarketom




Mamy ideę. Pragnienie życia w zgodzie z naturą, jedzenia zdrowej, naturalnej żywności, uniezależnienia się od coraz bardziej absurdalnych wytycznych dotyczących norm wytwarzanych przemysłowo produktów. My staramy się tak żyć już od lat. Zaczęłam jeszcze w czasach, gdy mieszkaliśmy w Gdańsku. To wtedy, zmęczona codziennym zabieganiem, wszechobecną komercją zaczęłam szukać alternatywy. Gdy do tego wszystkiego dołączyły kłopoty zdrowotne i ( ze wstydem to przyznaję ) spora nadwaga powiedziałam sobie: dość tego! Opracowałam dietę złożoną głównie z warzyw, nabiału, ryb. Dobrych produktów szukałam na targowisku, rozmawiając ze sprzedającymi o tym skąd co pochodzi. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Po roku po nadwadze nie było śladu ( zrzuciłam dobre 20 kg ), wyniki poprawiły się na tyle, że doktór kręcąc z niedowierzaniem głową stwierdził, że są jak młodego sportowca, alergia przeminęła bezpowrotnie a nam było ciągle mało... Dalszy ciąg znacie. Siedlisko na Żuławach, własne warzywa, owoce, przetwory, ziołolecznictwo, sery, wędliny i wypiekanie chleba. Okazało się, że to jest świetny sposób na życie. Nie tylko nasz, bo podczas naszych reportażowych wypraw poznaliśmy innych pasjonatów, którzy też chcą tak żyć. "Zaraziliśmy" ideą naszych sąsiadów. Zorganizowaliśmy pierwsze warsztaty. Najpierw małe, wewnętrzne. Wspólne robienie przetworów, dzielenie się recepturami i tajemnicami naszych babć, potem warsztaty serowarskie i chlebowe. Dla nas i dla osób z zewnątrz. Poznałam Krzysztofa Jaworskiego, który stał się naszym przewodnikiem po krainie serów. Zainteresowanie warsztatami zaskoczyło nas i zdumiało. W Janowie serowarzenia uczyło się prawie 40 osób! Widać jest więcej ludzi, którzy chcą wiedzieć co jedzą i nie godzą się na jałową, przetworzoną, supermarketową papkę o różnych kształtach. I tak narodził się pomysł zawiązania " Lotnej Szkoły Dobrego Życia - Na Przekór Supermarketom". Ponieważ uwielbiamy włóczyć się po Polsce warsztaty organizować będziemy w różnych częściach kraju. W miejscach sprawdzonych, sympatycznych, z duszą. U ludzi, którzy dzielą naszą ideę. Tematyka będzie różna. W zależności od tego, gdzie i u kogo będą się odbywać. Pierwsze warsztaty w województwie łódzkim będą już 22-23 marca w Stajni Rudej Wiedźmy . Agnieszka, zwana przez przyjaciół Rudą nie tylko hoduje konie. Organizuje obozy jeździeckie dla dziewcząt i gotuje jak archanioł. W programie mamy warsztaty serowarskie prowadzone przez sermistrza Krzysztofa Jaworskiego, wspólny wypiek pizzy na wieczorną biesiadę. Przy czym pizza będzie "kręcona" wedle przepisu przekazanego mi przez pewnego Włocha z Toskanii, który jadał codziennie w naszej trójmiejskiej pizzerii twierdząc, że czuje się jak w domu:-))). Zrobimy prawdziwe masło i zjemy je z chlebem upieczonym podczas warsztatów chlebowych. Ruda odgraża się, że ma pyszne nalewki do degustacji więc zapowiada się wesoło...
W planie są już kolejne warsztaty. Tym razem na Mazurach. W Kalinówce, która zreportażowaliśmy do aktualnego numeru miesięcznika "Kuchnia". Tam też jeden dzień poświęcimy warsztatom serowarskim pierwszego stopnia, a drugiego dnia Dagmara i jej mąż, czyli gospodarze Kalinówki poprowadzą warsztaty wędliniarskie dla początkujących. A wędliny robią przednie! Jedno mogę obiecać. Na pewno będzie ciekawie. Przyznam się z cicha, że można popaść w uzależnienie od prawdziwego jedzenia. Bo kto raz spróbuje domowego chleba z prawdziwym masłem, z własnym serem albo pachnącą ( za moment nielegalną w UE ) wędliną - nie będzie już chciał przemysłowego żarcia. Ja swój dzień zaczynam od nastawienia ciasta na chleb. Teraz już odruchowo. Potem kawa, przejrzenie serów, przetarcie solą i obrócenie tych dojrzewających, potem zajrzenie do solanek, gdzie "dochodzą" wędliny, a potem śniadanko... Też tak chcecie? Zapraszamy:-)))

Mój serowarski debiut - jak widać latem, powstała moja pierwsza domowa mozarella, z mleka od sąsiadki, pachnącego świeżą trawą i ziołami. Już byłam " stracona". Chciałam się uczyć by móc zrobić każdy ser jaki mi się zamarzy...



Śmietana zebrana z dobrego, prawdziwego mleka jest gęsta i naprawdę niewiele ma wspólnego z taką z kartonika...


No cóż...takiego sera jak Sylwia Szlandrowicz z Rancza Frontiera jeszcze nie zrobię. Ale ćwiczenie czyni mistrza...



Mleko od krów rasy Jersey jest niezrównane. Pełne, aromatyczne, jedwabiste. I takie też daje sery.


Taką ( i inne też ) pizzę zjemy u Rudej:


A wieczorem Krzysztof zagra na gitarze, zaśpiewa i poczujemy się jak na wakacjach:-)))



Skusicie się? :-)))

22-23 marca 2014 r.
Kurs serowarski i chlebowy I stopnia

Warsztaty poprowadzi znany w środowisku kulinarnym serowar mgr. inż. Krzysztof Jaworski, z 10-letnim doświadczeniem oraz Joanna Włodarska - dziennikarka kulinarna specjalizująca się w tematyce dotyczącej naturalnej żywności wypiekająca chleb, oraz robiąca sery.

W trakcie trwania szkolenia każdy uczestnik zdobędzie praktyczne umiejętności własnoręcznego wykonywania serów, posiądzie wyczerpującą wiedzę na temat zdrowej, naturalnej żywności i tego co różni ją od jedzenia z supermarketów.
Wszystkie wykonane sery można będzie zabrać ze sobą do domu i podzielić się z przyjaciółmi i rodziną.

22 marca – sobota

11.00 - 12.00 
Powitanie uczestników warsztatów, krótka opowieść o serowarstwie i historia sera.

12.00 – 18.00 
Warsztaty serowarskie z przerwą na posiłek. W programie nauka wytwarzania czterech rodzajów sera:
- domowa mozarella
- ser dojrzewający typu gouda
- ser śniadaniowy z przyprawami typu handkase
- ricotta 

ok. 14:00 przerwa, kawa/herbata i domowe ciasto
Po zakończeniu tej części serowarskiego szkolenia, robienie masła, wspólny wypiek włoskiej pizzy, biesiada i wręczenie dyplomów, 

23 marca – niedziela

Warsztaty chlebowe 
9.00- 10.00 – śniadanie
10.00- 10.30 – kilka słów wprowadzenia, rodzaje pieczywa, dodatki, rodzaje mąk używanych do pieczenia chleba, kilka słów o zakwasie.
10.30 – 15.00 – warsztaty chlebowe 
15.00 zakończenie kursu, obiad, wręczenie dyplomów.

Koszt warsztatów jednodniowych 180 zł + 25 złotych za wyżywienie od osoby
Koszt warsztatów dwudniowych 295 zł wraz z noclegiem i posiłkiem od osoby.

Minimalna ilość osób aby kurs serowarstwa się odbył to 10
(najpóźniej na 14 dni przed rozpoczęciem kursu).

W przypadku odwołania szkolenia z powodu braku odpowiedniej ilości osób, zaliczka zostaje w całości zwrócona na podane konto.

Kontakt:
stajnia.rudej.wiedzmy@wp.pl
535 98 19 18
joanna.wlodarska@onet.eu
505-061-237


P.S. Nie wiem dlaczego program wkleił mi się tak, a nie inaczej. Pokombinuję, ale na razie puszczam...
Asia

poniedziałek, 27 stycznia 2014

"Odstresowywacze"








Co można zrobić, kiedy człowiek ma doła? Takiego permanentnego, bo nic nie układa się tak jak powinno? Ja mam trzy sposoby. Po pierwsze piekę. Oczywiście chleby, ale nie tylko, bo ileż w końcu można zjeść chleba? Tym razem postanowiłam zrobić eksperyment kulinarny. Nastawiłam ciasto drożdżowe ( jak na pizzę ) i zrobiłam cebulaki w dwóch wersjach. Dla mięsożerców z przysmazoną kiełbasą i uduszoną cebula, a dla zwolenników dań jarskich tudzież z cebulą, ale z dodatkiem pieczarek. Wyszły pysznie i fantastycznie pachniało w całym domu. Ponieważ słodkości również dobrze wpływają na samopoczucie - na deser z tego samego ciasta zrobiłam mini jabłeczniki nadziane musem jabłkowym z dodatkiem goździków i cynamonu. Zrobiło mi się ciut lepiej...
 Cebulaki krok po kroku:-)))



I gotowe!

Dom pachnie zatem czas na odstresowywania ciąg dalszy. Dobra książka pozwala oderwać się od rzeczywistości i przenieść w całkiem inny czas i miejsce. Wczoraj sięgnęłam po powieść, która dostałam od pani Niny Drej, mamy Natalii z WONNEGO WZGÓRZA . To było dokładnie to! " Dom nad Jeziorakiem autorstwa pani Niny to świetnie napisana opowieść. O ludziach, których los rzucił po wojnie do Siemian, o uczuciach, o życiu. Pełna legend i historii związanych z tą piękną krainą nad Jeziorakiem. I tylko szkoda, że książka ( jak zresztą wszystko...) też się skończyła.




A trzeci sposób? Wiadomo - futrzaki. Mimo bolesnych rozstań nadal przecież mieszka z nami spore stadko. Jest pokolenie najmłodsze, czyli znane Wam doskonale Barokowe Kotki ( rozbisurmanione i rozpieszczone do imentu! ), Są stateczne koty w średnim wieku - Ryszard, moje serduszko zapasowe, Tosia - puchate złotko z niebieskimi oczami, Filip - rude kocisko o przerażającej wadze 11 kilo, Zuzka - subtelna, trójkolorowa panienka. I są nasze emerytki: Ziutka, która skończy latem 18 lat i Agatka - nestorka, bo już prawie 19-letnia. Dobrze wtulić się w rozmruczanego, ciepłego ( od lezenia na kaloryferze ) kota. Dobrze też wtulić się w kochającego psa. Tu niestety w grę wchodzi tylko Niuniuś, bo Mila nie przepada za miziankami. No, chyba, że z...kotem. Tak więc odstresowałam się odrobinkę... Może nie popadnę w skrajny marazm i czarnowidztwo zanim nadejdzie wiosna...

Tosia:-)))


Mila z Salcią

 

I zmiana dekoracji - Mila z Tosią:-)))



I jeszcze Makbet. To jest dopiero antydepresant:-)))