piątek, 23 stycznia 2015

Ze szczęką na deskach


Lubię poszaleć w kuchni. Wymyślać nowe zestawienia ziół i przypraw, piec chleb, "strzelić" jakieś sery. Lubie tez pogrzebać w sieci w poszukiwaniu inspiracji. Nie inaczej było wczoraj. Trafiłam na bloga Eli Duban W Poszukiwaniu Slow Life, zafrapowało mnie zdjęcie na wejściu. Ser, chleb, czyli to co tygrysy lubią najbardziej. Im dalej cofałam się w blogowych wpisach tym mój podziw rósł. Kiedy cofnęłam się do zarania bloga szczęka mi opadła i do dziś " leży na deskach". Ela przetestowała większośc przepisów z kultowej ksiązki domowych serowarów Ricki Carrol "Domowy wyrób serów" , a jak widać na zdjęciach zrobiła to z powodzeniem. No i chleby, które piecze - najróżniesze i wszystkie bardzo, bardzo zachęcające.
Jeśli chcecie się poinspirować serowarsko i chlebowo - zajrzyjcie do Eli na bloga. Warto:-))

http://wposzukiwaniuslowlife.blogspot.com/

niedziela, 11 stycznia 2015

Felix



Jak zapewne wiecie tytułowy Felix przewinął się w ten weekend przez praktycznie całą Polskę. Przewinął, a raczej przewiał. U nas jak dotąd było "lajtowo". Poza tym, że wyjście na zewnątrz grozi urwaniem głowy lub też oberwaniem gałęzią - nie jest źle. Wczoraj stanowczo odmówiłam wystawienia nosa z domowych pieleszy. Wróciwszy w piątek po południu z dwudniowego szkolenia( piszemy projekt na funkcjonowanie świetlic w 7 miejscowościach w całej gminie i trzeba było ustalić wszystkie szczegóły, bo projekt jest w partnerstwie 9 stowarzyszeń i Gminy Elbląg, a nasze stowarzyszenie jest liderem projektu ), ledwie zdążyłam wejść do domu, a już prawie trzeba było jechać po naszą studentkę. Wojtek chory, więc padło na mnie. Mimo, że padało przez cały dzień jeszcze udało mi się spod domu wyjechać. Pod rozległymi kałużami był lód. Jeszcze nawet udało mi się wrócić. Ale jak odstawiałam samochód do utwardzonej części drogi jakoś tak mnie zarzuciło w koleinkę, że prawie się zakopałam. Słabo mi się zrobiło, nogi mi zmiękły, bo to noc ciemna, głucha i wietrzna, kto by mnie wyciągał... - ale dałam radę, choć ślady kół w błotnistej mazi były przerażające. Tak więc sobota przeznaczona była na relaksik. Ale dzisiaj trzeba było się wywlec prosto w objęcia Felixa, który wiał tak, ze zapomniany stolik z tarasu przemieścił sie po łuku w okolice płotu. Ładny kawał. Wicher w mieście nie był aż tak uciążliwy jak na naszym wygwizdowie i poczułam się nawet orzeźwiona. Za to potem zatęskniło nam się za zapachem i smakiem lata. Upiekłyśmy więc tarty!
Królową była tarta z kozim serem, pomidorami, oliwkami i bazylią. Ten zapach...
Dwie księżniczki to tarty porowe. Jedna klasyczna z farszem jajecznym z szynką wiejską, kwaśną śmietaną i kilkumiesięcznym serem dojrzewającym, a druga z boczkiem i kozim serem. Tego nam było trzeba. Teraz popijamy herbatkę ziołową o wdzięcznej nazwie " Motylem byłam..." i liczymy, że to wystarczy, aby tarty nie poszły w bioderka.
Dobrego tygodnia!

A nasi "chłopcy" wietrzne i zimne dni lubią spędzać tak:

Kartezjusz vel Kajtezjusz vel Kajtek


Makbet, czyli BumBuń, Bumbulek, MacBęcek itd...




wtorek, 6 stycznia 2015

Kuchenne gadżeciarstwo





Tytuł jest może nieco na wyrost, bo gdzie mnie tam do gadżeciarek z prawdziwego zdarzenia. Posiadaczek kolorowych KitchenAidów, wypasionych Thermomixów, tudzież innych nowoczesnych, kuchennych wynalazków. Ja KitcenAida musiałabym postawić sobie chyba na środku stołu kuchennego, a obok na honorowym miejscu umieścić Thermomixa ( aczkolwiek przyznam się, że odnośnie tego ostatniego odrobinkę się łamię, bo to fajne urządzonko jest... ). Szczupłość miejsca w kuchni wymusza jednakowoż dyscyplinę. Tak więc moje gadżeciarstwo ogranicza się do drobiazgów. A to jakiś stary półmisek sobie na targu kupię, a to kubek jakiś sympatyczny, a od czasu do czasu bierze mnie na sprzęty nieco bardziej praktyczne. I tak przed świętami Mikołaj pod postacią Cioci przyniósł nowy mikser ( ale taki maniuni, co by się do szafki zmniejszył ) - bo stary umarł z wyczerpania po odsłużeniu kilkunastu lat..., a to maszynka do robienia domowego makaronu się pojawi. A ostatnio nie mogłam się pohamować i kupiłam ciężki i piękny:-)) granitowy wałek do ciasta. I nic to, że drewniany wałek całkiem dobrze służył, ale co granit to granit! Wszystko przez zaprzyjaźnioną z nami na fb przesympatyczną dziewczynę z Podlasia, Wiesię, która "zachorowała" na wałek z wyciętymi wzorami do ozdabiania wypieków. Te dostępne u nas i w rozsądnych cenach miały nieciekawe wzory, a te o wzorach dużo piękniejszych miały ceny, od których mój wąż w kieszeni dostawał zawału. A może znajdzie się jakiś zdolny rzemieślnik, który ruszyłby z produkcją ozdobnych wałków i " zawojował" kuchenny światek?:-))) Kolejnym objawem mego kuchennego gadżeciarstwa jest nieposkromiona słabość do książek kucharskich. Żebym ja jeszcze według przepisów z nich gotowała... ale nie, w życiu nie zrobiłam niczego, co literalnie trzymałoby się receptury z książki. Ale uwielbiam je przeglądać, szukać inspiracji, podglądać sposób prezentacji potraw, no i analizować "bebechy" fotografii. Aczkolwiek czuję, że z książką "Pyszne chwasty" będzie inaczej. Może niekoniecznie odtworzę wiernie zawarte w niej przepisy, ale na pewno od wiosny bedzie to pozycja w ciągłym użyciu. Bo idea wykorzystania wszystkich możliwych darów ziemi bardzo do mnie przemawia. Bo czyż może być coś zdrowszego niż na przykład zrobiony w domu makaron tagliatelle z sosem z pęku zielonych i soczystych: orzechowej żółtlicy polnej, "rucolowego" tasznika, arcyzdrowej pokrzywy, przyprażonych ziaren dyni i słonecznika, a to wszystko wykończone zebraną ze świeżego mleka śmietanką, domowym jogurtem i własnoręcznie zrobionym serem? No nie może:-))) I tak popatrując na moje gadżeciki myślę o wiośnie...

Jeden z gadżecików kuchennych - maszynka do makaronu. Tu z  nadstawką do tagliatelle.



A tu z nadstawką do ravioli ( takie ravioli z serkiem ricotta ( własnym ), i garścią ogrodowych ziółek...mmmm....)



Kolejny gadżecik przydatny dla miłośników zieleniny - mezzaluna, czyli...siekaczka do ziół i warzyw. Mała rzecz, a cieszy:-)))



Granitowy wałek. Waży 2,2 kg. Ale to i tak niewiele. Jak prowadziłam pizzerię, pracowałam wałkiem, który ważył ponad 6 kg. Miałam ramiona jak Szwarzenegger:-)))



Wałek ozdobny - przedmiot marzeń i westchnień. źródło: Landscape Design




Do ciast moje panie, do ciast:-)) I oby do wiosny!

sobota, 3 stycznia 2015

I po Świętach...



Jak zawsze przed świętami było sporo zamieszania. Wiadomo, ciasta trzeba by upiec, chałupę wypucować, robotę ogarnąć. I weź tu człowieku jeszcze na blogu coś napisz... I tak blog poszedł chwilowo w odstawkę. Ale jesteśmy, jesteśmy... Dzisiaj na naszych Żuławach jest mało zimowo. Wicher dmie, że mało głowy nie urwie, deszcz zacina, zwierzaki siedzą w domu ( poza Makbetem i Kartezjuszem, bo chłopcy poszli na obchód rewiru ). Ale mieliśmy przez chwilę piękną zimę. Krótką chwilę, bo śnieg leżał słownie dwa dni. Zdążyliśmy ledwie parę fotek strzelić i z bernami na spacer się wybrać. A teraz tylko patrzymy jak się drzewa od wiatru wyginają. Ale w domu ciepełko, chleb się piecze i jest generalnie super.
Przed samymi świętami mieliśmy odrobinę atrakcji.
Stan naszej starej kuchenki wołał o pomstę do nieba. Kuchenka miała już swoje lata, gaz w piekarniku zapalał się ciężko i pewnego razu nasza Ciocia " wybuchła" piekarnik. Ogień jej zgasł, gaz nadal leciał i jak Ciocia chciała podpalić to jej buchnęło. Na całe szczęście Cioci nie stało się nic. Gorzej z kuchenką. Jedna szyba w piekarniku poszła w drobiazgi, drzwiczki się nie domykały, a dwa palniki poszybowały po sam sufit. W efekcie sprawne były tylko dwa pozostałe ( przy czym jeden z lekka ukruszony dawał bardzo nierówny płomień ), a drzwiczki trzeba było domykać za pomocą drąga opartego o drzwiczki i framugę. Wysokość temperatury łapało się " na oko". Trochę trudno wypiekać w tych warunkach cokolwiek, chociaż pieczenie chlebów opanowałam. Postanowiliśmy więc zrobić sobie prezent i nabyć nową kuchenkę. Po obleceniu wszystkich sklepów AGD w Elblągu i przejrzeniu ofert internetowych kupiliśmy zgrabną kuchenkę "Beko", srebrną i śliczną w sieci. Wszystko ładnie i pięknie. Tylko deszcz spadł i droga rozmiękła. Przewidując, że kurier nie dojedzie umówiliśmy się Sołtysem, że podjedzie swoją koparą, weźmie sprzęt delikatnie na łychę i dowiezie. Ale kurier był najwyraźniej kamikadze. Przygazował i ruszyyył w bajoro. Zakopał się po osie. Zawezwany na pomoc sąsiad przybył swym zielonym, zgrabnym traktorkiem w try miga. Wielkim, żelaznym hakiem zaczepił linę holowniczą i pociągnął. Wielki, żelazny hak wygiął się i lina spadła. Ciężarówa ani drgnęła. Po dłuższej chwili dywagacji panowie zaselońtali linę i pomalutku traktor ruszył. Ciężarówa też. Przez całą drogę koła ciężarówki ślizgały się po błocie, nie obracając się. I było to w przeddzień wigilii. Myślę, że kierowca miał co opowiadać przy świątecznym stole... Ale koniec końców udało się i kuchenka jest cudna. Wyszły z niej już dwa serniki, makowiec, tartaletki i spora liczba chlebów:-)) Coś czuję, że z odchudzaniem w Nowym Roku będzie ciężko! W ogóle zapowiada się nam kulinarny rok. Dlaczego? Wszystko przez Mikołaja! Albowiem dostałam pod choinkę książkę kucharską pt: " Pyszne chwasty". To naprawdę fantastyczne, co można wyczarować z takiego tasznika na przykład, albo z pospolitej lebiody, że nie wspomnę o poczciwej pokrzywie. No i ten bluszczyk kurdybanek! Już się nie mogę wiosny doczekać.
A teraz jeszcze tylko życzę wszystkim naszym czytelnikom i podczytywaczom Szczęśliwego Nowego Roku!

Nasza brzoza:-)))

Sad w zimowej szacie.


Proszę się przyjrzeć - w oddali pomiędzy ramionami słupa widać dwie sarny:-))


Rabata przed domem...


I znowu sad.



Narnia:-))


Nasza lipa cudem uratowana odwdzięcza się swoim pięknem.


Akcja




I na koniec jeszcze:

Koty leżą wszędzie:-)) Kartezjusz na pojemniku na karmę. Oczywiście na podusi.


Tosia na 300 letnim krześle - ma pod dupcią  ciepły śpiworek.


Filip przy kaloryferze - dostał od Cioci wełnianą kołderkę:-)))

A Niuś ma na wszystko oko:-)))


Tak patrzę na to zdjęcie...wiecie co? Kocham tego psa:-))

wtorek, 18 listopada 2014

Włóczęgostwo i Liebster Blog Award


Nasze włóczęgostwo sięgnęło ostatnio szczytu. A właściwie moje, bo jednak Wojtek spędza w domu nieco więcej czasu, pracując nieco bardziej stacjonarnie, bo przy komputerze. Kto zaglada czasem na nasz profil na fb, ten wie - śmigamy po Polsce z warsztatami i pokazami, a ja dodatkowo udzielam się w ramach naszego Stowarzyszenia "Dwie Wsie" i szkolę się intensywnie, bo wiedzy nigdy dość, a przed nami nowe fundusze, które będzie można dla wsi pozyskać. Tak się jakoś złożyło, że kilka razy przemierzałam podczas minionych dwóch tygodni Warmię i Mazury, docierając aż na Podlasie do Biebrzańskiego Parku Narodowego. I wiecie co? Kocham te krainy. Uważam, że w tych lasach, nad jeziorami, w tych polach, łąkach i niebie jest magia najprawdziwsza. Bo momentami piękno po prostu zapiera dech. Niby znane trasy, niby jeździ się na Mazury od lat, a jednak za każdym razem odkrywamy coś nowego i fantastycznego. I gdybym miała " ładny kawałek grosza" dwie "rzeczy" mogłyby wyciągnąć mnie z naszego uroczego, żuławskiego grajdołka - albo dom na francuskiej prowincji z własną winnicą ( no, co poradzę, kocham Francję:-))). Ewentualnie mógłby to być dom na włoskiej prowincji, ale też obowiązkowo z winnicą, bo do Italii też mam słabość ). Druga taką " rzeczą" byłby malowniczy dom z duszą z własną linią brzegową nad mazurskim jeziorem. Bo u nas jest pięknie i kocham Żuławy, ale ten zapach znad jeziora i lasu, widok na wodę i mazurskie klimaty działaja na mnie niemożebnie.
Pozostajemy jednak w sferze " co by było gdyby" i na razie na Mazurach bywam - na szczęście często:-)))
A co u nas?
Zimno. Listopad jednak postanowił ujawnić swoje prawdziwe oblicze, zrobiło się wietrznie, ciemno i słotnie. Na szczęście w domu jest milusio i przyjemnie, bo Wojtek na miejscu i nie ja w piecu palę, bo jak wiadomo nie mam w tej dziedzinie większych sukcesów... Od kilku dni jesteśmy pozbawieni bieżącej wody - przebił się balon w hydroforze i coś tam padło. Zanim nowy balon dotarł kurierem, zanim ustaliliśmy, kiedy może przyjechać Szwagier - cudotwórca celem naprawy ustrojstwa - trzeba wozić wodę ze źródełka. Dość uciążliwe, ale da się żyć. Chociaż z tęsknotą wypatrujemy chwili, gdy po odkręceniu kurka poleci dziarsko strumień wody. Człowiek to się jednak do cywilizacji przyzwyczaił...
Poza normalną robotą zakończyliśmy część projektów w "Dwóch Wsiach", ale o tym napiszę za chwilę na drugim, tym wiejsko-stowarzyszeniowycm blogu.
 A teraz już Liebster Blog Awards
Tę zaszczytną nagrodę otrzymaliśmy od Niki z bloga Francuskie ( i inne) notatki Niki. Bardzo dziękujemy i już odpowiadam na pytania.

  1. Jaki byl najwyzszy szczyt, na ktory sie wspiales/-las? 1583 m npm - Czarny Staw pod Rysami. Mimo lęku wysokości dotarłam tam i zachwyciłam widokiem. Z zejściem miałam mały problem, ale dałam radę...
  2. W jakich jezykach potrafisz porozumiewać się podczas podroży? - Generalnie po angielsku, ale jakoś tak nigdzie nie mam trudności komunikacyjnych. Szybko " łapię" słowa i sposób mówienia tam, gdzie jestem i jakoś tak " leci". W Chorwacji przegadałam z pania na kwaterze ładnych parę godzin w mieszance rosyjskiego i angielskiego:-)))
  3. Czy wiesz w przyblizeniu ile odwiedziłeś/-las juz panstw? - Niewiele, bo włóczę się głównie po Polsce. I tylko w Europie.
  4. Czy wiesz w przybliżeniu ile lotow odbyles/-las w ciagu ostatnich 12 miesiecy? Zero. Ale przejechałam nie wiem ile km siecią naszych malowniczych dróg:-)))
  5. Twój największy projekt podróżny na najbliższe 10 lat? Wyprawa szlakiem francuskich winnic. Zamierzamy, planujemy i może w końcu się uda:-))
  6. Czy pamiętasz na czym byles po raz pierwszy w zyciu w teatrze? Kot w butach!!! Miałam jakieś 3 latka:-))
  7. Koncert twego życia? Nie wiem. Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie, bo każdy koncert jest inny. Koncert moich marzeń - Andrea Bocelli. 
  8. Czy płynąłeś -las statkiem morskim lub rzecznym? A jesli nie to czy planujesz kiedys sprobowac? O tak! Wielokrotnie - przez Bałtyk z Gdańska na Hel, po Zalewie Wiślanym z Elbląga do Tolkmicka lub Fromborka, na Morzu Śródziemnym z Grecji do Włoch, no i na żaglach - zarówno na jeziorach, jak i na morzach - bałtyckim i śródziemnym. Rzeki jakoś mniej mnie kręcą w tej materii, ale płynęłam motorówka po Kanale Elbląskim :-)))
  9. Jakie było najbardziej oryginalne danie, które miałeś/-las okazje kiedykolwiek zjesc? Hmmm - nie wiem. Żabie udka? 
  10. Kim marzyło ci sie zostac w młodości? Marzenia były zmienne, w zależności od pasjonujących mnie w danym momencie bohaterów literackich. Chciałam być np. fizykiem po lekturze powieści sf ( mało prawdopodobne, bo nauki ścisłe nie są moją mocną stroną ), albo weterynarzem, albo biologiem, albo pisarką, albo podrózniczką. Ale zawsze wiedziałam jedno - nie może być nudno! Bo szkoda życia.
  11. Kiedy ostatnio zdarzyło ci sie byc offline przez ponad dobe? W zeszłym tygodniu. Podczas wyjazdu. Dałam radę!

wtorek, 16 września 2014

Spacer


Wrześniowe słońce nieźle daje do wiwatu i aż żal z tej pogody nie korzystać. Wczoraj zatem córka wyciagnęła mnie na "mały spacer". Ruszyłyśmy przed siebie, kierując się w stronę Kanału Elbląskiego i dalej, wzdłuż niego, do jeziora Druzno. Mimo, ze jest to nasza stała trasa rowerowa i znamy ją doskonale, jakoś tak - z pieszej perspektywy wszystko zdawało się być wyrażniejsze i jeszcze piękniejsze. Na polderach, nad brzegiem jeziora tym razem dojrzałyśmy kilkanaście czapli białych (musicie uwierzyć na słowo, bo miałam ze sobą tylko mały obiektyw i nie sięgnął), a samo jezioro, no po prostu - piękne! Prace nad umocnieniem wałów zmierzają nareszcie ku końcowi, bo już drugi rok brzeg wyglada jak krajobraz po bitwie. Kierownik robót, dojrzawszy nas jak idziemy wałem, podjechał z wizgiem opon i w sposób mało uprzejmy zapytał "a co to za komisja? Tu jest teren budowy, wstęp wzbroniony!" Ponieważ znak z zakazem ruchu jakoś zniknął, a i tak dotyczył wyłacznie pojazdów, lekko się spięłam i stwierdziwszy, że znaków zakazujących wstępu nie ma, zamierzałam ruszyć dalej. Pan na to, nie zrażony, wskazał aparat i mówi: "ale zdjęć tez nie trza robić!". Tu mogłam tylko uświadomić pana, że znaku zakazu fotografowania też nie ma i zasadniczo może się już oddalić. Kierownik budowy skonfundował się nieco, po czym zagaił już innym tonem, mówiąc, że jak skończą, będzie pieknie, a na okolicznych łakach całe stada gęsi mozna zobaczyć. Na moja odpowiedź, że wiem, bo tu niedaleko mieszkam, pan rozjaśnił się w uśmiechu i zakrzyknął:"już wiem! To pani jest tą redaktorką, co tu ludzie opowiadają!" I tak okazało się, że jestem bohaterką lokalnych opowieści...ech życie!
Zrobiłysmy w sumie ponad 10 km. Po powrocie do domu padłam. Ewa nie padła, bo jest zaprawiona w marszach po pielgrzymce do Częstochowy. A jak było - zobaczcie:

Głóg przy naszej drodze gminnej nabiera kolorków. Jeszcze chwila i owoce pójda na nalewkę:-)))



Żuławska droga


Bodziszek nadal kwitnie...


Malowniczo...


Kanał Elbląski. Widok na most w Dłużynie.


W oddali, na horyzoncie - Wysoczyzna Elbląska.


Dom nad samym brzegiem.


Nie ma to jak samowystarczalność - nawet tytoń tu rośnie:-)))


Stacja pomp.


Kocham takie widoki....


Na pierwszym planie - Kanał Elbląski. Za groblą jezioro Druzno.


I widok na jezioro.


Rudbekie są wszedzie...


Jeden z domów nad rzeką Wąską.


I drugi - dekoracje na ścianie zmieniają się w zalezności od fantazji własciciela:-)))


Zapomniałabym... To jest jedno z kilku tegorocznych jabłek...reszta owoców wymarzła podczas majowych przymrozków...


Za to winogrona obrodziły, jak najbardziej. Posadzone w osłonietym od wiatrów, nasłonecznionym kącie wydały całkiem spory plon. I kto by się spodziewał, ze w naszym klimacie wymarzną jabłka, a obrodzą winorośle...



niedziela, 14 września 2014

Żuławska wycieczka



Dzisiaj bedzie zasadniczo fotograficznie. Wracając z Gdańska, postanowiliśmy zrobić sobie podróż sentymentalną. Pojechaliśmy na Wyspę Sobieszewską, dalej do Świbna i promem przez Wisłę, do Mikoszewa. A potem juz przez Żuławy, do domu. Na Wyspie przez te parę lat zmieniło się niewiele. Wyrosło parę domów, w większości w stylu hmmm rezydencjalnym i nie pasującym do atmosfery małej, nadmorskiej wyspy. Trudno pojąć z jakiego powodu władze samorządowe w Polsce nie chcą chronić unikalnych walorów wielu miejscowości i pozwalają na całkowitą dowolność architektoniczną. Na trasiue pomiędzy Sobieszewem, a Świbnem, w miejscu, gdzie zapowiadało się fajne osiedle mieszkaniowe, wyrosło coś w rodzaju zbioru domków do wynajęcia, a samo Świbno - nadal jakby tkwiło w minionych dziesięcioleciach i dzięki temu zachowało swój urok...

Port rybacki w Świbnie







Domy przy portowej uliczce...




Na promie...






Żuławskie domy:
Mikoszewo


Drewnica


A więcej zdjęć na fb:-)))ALBUM