czwartek, 21 sierpnia 2014

Efekty wietrznej pogody



Co mozna robić, gdy na zewnątrz jest co prawda jeszcze ciepło, ale wiat wieje tak, że istnieje ryzyko porwania? Można na przykład odnowić szafkę...Zdjęcia "przed" brak, ale uwierzcie mi, nie było co fotografować. Szafeczka pokryta była czarną farbą olejną, odrapana, nadgryziona przez myszy i bez nóżki. I tak stała czekając na zmiłowanie. Zabrałyśmy się więc z córką do roboty. Nóżkę trzeba będzie jej utoczyć, na razie dostała klocek, farbę zdarłyśmy ( detale czyściłyśmy opalarką, dłutkiem i watą metalową, duże powierzchnie szlifierką. Niestety po zdarciu farby okazało się, że miejscami brak politury, no i te mysie dziury... Poszła więc w ruch szpachla do drewna i farba. Kolor " robiłyśmy" same dodając pigmentów do farby bazowej. A na koniec - wzór na drzwiczkach. Jako, że obie jesteśmy kociary powstała kocia szafka w żuławskich barwach:-)))

I detale.



wtorek, 12 sierpnia 2014

Na złość Putinowi jedzmy polskie sery


O rosyjskim embargo na polskie produkty rolne i sadownicze jest głośno. Hasło „Jedzmy polskie jabłka” robi furorę w internecie. Mało kto jednak pamięta, że embargo to także zagrożenie dla wytwórców nabiału. A dane są alarmujące – jak donosi Forum Mleczarskie, Polska obok Holandii i Niemiec była jednym z największych unijnych eksporterów serów do Rosji.
Najgorzej wygląda sytuacja producentów serów podpuszczkowych, bo dla nich Rosja była głównym odbiorcą. Tylko w okresie od początku roku do maja, do tego kraju wyeksportowano 9,9 tys. ton serów podpuszczkowych za 167,35 mln zł. Serów świeżych eksportowaliśmy nieco mniej, ale i tak przez pierwsze pięć miesięcy roku do Rosji trafiło 1,94 tys.ton za 23,7 mln. zł. Czy w Polsce znajdą się nabywcy na tyle serowego dobra? Raczej wątpliwe, by rynek krajowy był w stanie wchłonąć cała produkcję. Jeśli nie – branżę mleczarską czekają poważne kłopoty. A przecież polskie sery podpuszczkowe w niczym nie ustępują produktom rodem z Francji, czy z Włoch. Przykładem mogą być sery dojrzewające marki Old Poland ze Spółdzielczej Mleczarni Spomlek. To właśnie w Radzyniu Podlaskim powstają jedyne w kraju, produkowane na skalę masową sery dojrzewające. Ser Bursztyn, który dojrzewa od 6 miesięcy nawet do 2 lat, smakiem i aromatem bliski jest włoskiemu parmezanowi i najlepszym serom holenderskim. Seria serów z dodatkiem ziół i przypraw, takich jak gouda z czarnuszką, imbirem czy kozieradką również przyjemnie zaskakują podniebienia smakoszy. Także sery pleśniowe wytwarzane przez polskie mleczarnie – np sery z mleczarni ” Turek” mają bardzo dobrą jakość w stosunku do ceny. Czy jednak sama jakość wystarczy by uratować polski przemysł mleczarski przed zapaścią? A może wprowadźmy w życie jeszcze jedno hasło: „Na złość Putinowi jedzmy polskie sery!”. Bo są nasze, bo są dobre, bo nie chcemy, by zniknęły z rynku. Zatem do sklepów! Po ser!
Tekst ukazał się w "Dzienniku rolniczym".

niedziela, 10 sierpnia 2014

Izerów czar



Góry Izerskie mają w sobie jakąś tajemnicę. Tak jak nasze Żuławy kojarzą mi się z domem, spokojem, odpoczynkiem, tak w Izerach wręcz wyczuwa się dawne historie. Wystarczy przymknąć oczy, bo zobaczyć dawnych rycerzy, gospodarzy, którzy w kamiennych domach o grubych murach prowadzili trudne czasem życie. Dzisiejsze Góry Izerskie i ichnie wioski nadal mają w sobie magię, która przyciąga ludzi nietuzinkowych, którzy nie boją się wyzwań. Nowi mieszkańcy tego regionu przypominają osadników bieszczadzkich. To wolne duchy, rozkochane w tym regionie, jego przyrodzie i historii. Bo ludzi spotkalismy tam wspaniałych. Ekipa warsztatowa składała się w głównej mierze z " tambylców", osiadłych w bliższej i dalszej okolicy, którzy albo już nabyli stareńki dom z duszą i go pracowicie remontują, albo maja taki zamiar. Choć byli i goście z dalszych części Polski. W dniu warsztatów niebo nam naszym gosdpodarstwem agroturystycznym zasnuły cięzkie, burzowe chmury, a znad gór co i rusz dochodził groźny pomruk. Jak wiadomo mleko podczas burzy kwaśnieje w try-miga, więc trzeba było formułę warsztatów dostosować do warunków atmosferycznych i nieco przyspieszyć. Cudem udało nam się uwarzyć goudę i handkasa ( mennonicki ser podpuszczkowy ). Na ricottę już było za późno. Serwatka skisła. Dzieje się tak z powodu wzrostu zawartości ozonu w naelektryzowanym burzą powietrzu. To ozon sprawia, że drobnoustroje w mleku rozwijają się błyskawicznie. Z tej samej przyczyny podczas burzy może nie udać się chleb, ciasto drożdżowe, czy np kiszone ogórki. Drugiego dnia było cit lepiej, ale po południu znowu nadciągnęły chmury. Po warsztatach, ostatnią nockę spędziliśmy u Inkwizycji . Jagnię, koza, psy, owce, konie widoki zapierające w piersiach dech, oczarowały nas bez reszty! Iwona, Staś - dziękujemy za serdeczne przyjęcie i za to, że jesteście:-)))
Jako maniaccy miłośnicy wiejskich klimatów i starych domów, jeżdżąc po wioskach przypatrywaliśmy się temu, co pozostało. Odwiedziliśmy też Riannon i Krzysia w Tusculum i obejrzeliśmy ciekawe eksponaty wyeksponowane w ich muzeum. Powędrowaliśmy też śladami naszych dawnych podróży. Szamanówka, nasza miejscówka w Szklarskiej Porębie sprzed lat nadal stoi, choć dawnych Gospodarzy nie ma już wśród nas, a i Szklarska już nie taka jak niegdyś. Zrobiła się jakaś taka...plastikowa i tandetna. Za to Świeradów Zdrój mimo rozdyźdanej z powodu remontu główne ulicy, nadal zachwyca tak samo. Dom zdrojowy to przykład czystej secesji, do tego koncert, park, atmosfera uzdrowiska. Tak, tam można przyjechać...ale i tak po kilku godzinach chodzenia po uliczkach zatęskniliśmy za zapachem łąk i widokiem bez granic i w te pędy wrócilismy do Inkwizycji:-)))
Było fantastycznie i na pewno w Izery jeszcze wrócimy.

więcej zdjęć
www.facebook.com/pages/Akademia-Siedliska-pod-Lipami/607351602690004

Zatem po kolei:
Warsztaty, jak wiecie odbywały się U Pii I Nico, w gospodarstwie "Konik Polski". Pia jest rozkochaną w Izerach Niemką, a Nico pochodzi z Holandii. Mieszkają w Polsce już ładnych parę lat, hodują kozy i koniki polskie, a Nico robi fantastyczne sery z mleka koziego.
Na zdjęciu Pia z jedną z suczek.


i Nico

Smakowite krążki sera Nico dojrzewają w przewiewnym miejscu.



Kozioł przebywa w pewnym oddaleniu od swoich dam, celem zachowania miłego zapachu sera. Jak wiadomo obecność capa intensyfikuje aromaty w mleku kozim i jego przetworach.


A tu już konie i grupa gotowa do rajdu.


Warsztaty: Przerwa technologiczna na powstanie skrzepu, czyli czas na odrobinę teorii.


Z Inkwizycją:-))) W tle banerek Stowarzyszenia Kochamy Żuławy, którego jestem członkiem jako mieszkanka, jakby nie było żuławskiej krainy:-)))


Pilne sporządzanie notatek...


Stolik degustacyjny, a na nim sery gouda z czarnuszką oraz gouda z imbirem z jedynej polskiej mleczarni, która produkuje prawdziwe sery dojrzewające i to takie, które z powodzeniem mogą konkurować z francuskimi, czy włoskimi serami: Sery Old Poland. Obok serów były dodatki z małej, rodzinnej firmy Eterno, czyli przetwory o zaskakujących smakach i soko oraz syropy z Siedlska pod Lipami.



A tu już degustacja własnoręcznie zrobionych serów:-)))


Nasza grupa


Wręczanie dyplomów - dziewczyny, uściski!


No dobrze...jedziemy do Tusculum:


W muzeum:


Wialnia do odsiewania ziarna od plew


Stempel do tkanin ( miejscowy, z Izerów. )


i...prototyp ekspresu do kawy!


Więcej zdjęć z muzeum znajdziecie na fb ( link na końcu posta )
A my przemieszczamy się do Inkwizycji, gdzie czekało na nas Jagnię:-)))


I koza. Oraz oczywiście sama Inkwizycja z resztą zwierzaków. Jak widać na poniższym obrazku domagają się one uwagi na wyłaczność. Zwłaszcza koza:-)))



Za takie widoki można dać się pokroić:-)))


Hucuły:


P.S. Musiałam wprowadzic weryfikację obrazkową i moderowanie komentarzy. Ilość spamu była po prostu zatrważająca. Wybaczycie?
Asia

środa, 6 sierpnia 2014

Parzenica Wielkopolska, czyli serowarzenie w Poznaniu



Poznań przywitał nas parną, acz bezdeszczową pogodą. Do Rynku Jeżyckiego dojechaliśmy bez przeszkód i dopiero praktycznie u celu ciut pobłądziliśmy i bez wsparcia Kretowatej zapewne spóźnilibyśmy się na pokaz okrutnie. Kretowata jednak, jak na Poznaniankę przystało pokierowała nas niczym profesjonalny GPS i dawała znaki machając rękoma, że TO TU. Mogliśmy więc rozpocząć serowarzenie w KoneSerze. Przestrzeń sklepu wypełnili miłośnicy serów. Nie wszyscy mieli już za sobą serowarskie doświadczenia, ale byli wśród nas też doświadczeni, domowi serowarzy. W planie mieliśmy domową goudę oraz dojrzewający ser żuławski - tak zwany handkase. Do dyspozycji - trzy godziny. Przygotowaliśmy stanowiska pracy, wyłożyliśmy degustacyjne specjały, żeby goście podczas pokazu nie poczuli głodu i zabraliśmy się do roboty. Na szczęście byli wśród nas nie stroniący od wyzwań pomocnicy. Pan asystent z dużym skupieniem pilnował odpowiedniej temperatury mleka by uzyskać maksymalnie dobry skrzep. Po niespełna 30 minutach skrzep się wyskrzepiał, a my mogliśmy złapać oddech próbując polskich serów dojrzewających z serii Old Poland oraz prawdziwie domowych konfitur i innych przetworów.

Grand Radamer szczególnie dobrze komponował się z żurawiną z gruszką:-)))




Nieco posileni zabraliśmy się za ser żuławski. I...chwila nieuwagi, a temperatura mleka przekroczyła stan krytyczny. Cóż było począć...zrobiliśmy trzy sery, bo tak dogrzane mleko doskonale nadawało się do zrobienia sera typu parzenica, smakiem przypominającego słynny oscypek. A handkasa zrobiliśmy od początku. I tak zamiast dwóch serów, na pokazie w KoneSerze zrobiliśmy trzy. A serom towarzyszyły cydry od polskich wytwórców. Jeden z prezentowanych cydrów mi osobiście szczególnie przypadł do gustu, o czym nie omieszkałam podczas pokazu wspomnieć. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że wśród gości jest jego twórca - serdecznie pozdrawiamy!:-))).
A jeszcze kilka zdjęć:













A o warsztatach w Izerach w następnym wpisie. Dzis tylko powiem, ze był wyścig z czasem i z...nadchodzącą burzą.

wtorek, 22 lipca 2014

Kolacja z serową nutką




Jak wiecie szykujemy się do warsztatów w Izerach, a ponieważ będzie to okazja do spotkania nie tylko z miłośnikami serów, ale również z grupą blogowych Przyjaciół - zależy nam, żeby kolacja, którą razem przygotujemy była i fajna i ciekawa i...przebiagała nam z serami w tle. W związku z powyższym eksperymentuję w kuchni. Dzisiaj były amerkyańskie pancakes ( czyli swojsko brzmiące pankejki ) oraz muffinki. Jedno i drugie oczywiście z serami. Do ciasta na pankejki dodałam ricottę, gęsty jogurt, parmezan i cukinię. Do muffinek poszły: serek kozi, ładnie dojrzały ser bursztyn i również cukinia ( ale myślę, że fajne będą też np. ze szpinakiem, czy jarmużem ). I teraz nie wiem, na co się zdecydować! A może zrobimy i pankejki, i muffinki? Co Wy na to? No i wymyślam dalej...
P.S. A dzisiaj czeka nas jeszcze mnóstwo pracy. Testujemy dla Was cydry... Ja nie wiem, jak my sobie z tą robotą poradzimy...
P.S.2. Zwróćcie uwagę na te urocze, kolorowe utensylia kuchenne. Nie mogłyśmy się z córką oprzeć i kupiłyśmy cały komplet w tym samym kolorze. W Biedronce, w bardzo miłej dla kieszeni promocji:-)))

Pankejki od serca...



Muffinki przed wrzuceniem do piekarnika


I gotowa! Następnym razem dam trochę więcej ciasta, niech mają wystające brzuszki.


Zapraszam jutro na bardzo subiektywny ranking cydrów.
Asia

piątek, 18 lipca 2014

Porzeczkowe żniwa




Czarne porzeczki zawsze wywołują u mnie uczucia dość ambiwaletne. Bo z jednej strony porzeczki uwielbiam pod każdą postacią. Należą do najbardziej prozdrowotnych, polskich owoców, są prawdziwą bombą z witaminą C, sok z czarnych porzeczek uchroni nas przed przeziębieniami, a jeśli już coś nas dopadnie, pomoże zwalczyć infekcję. Napar z młodych liści czarnej porzeczki oczyszcza organizm, ma zbawienny wpływ na pracę nerek, a osobom, którym dokucza artretyzm i dna moczanowa przyniesie ulgę. Poza tym porzeczki w cukrze dodane do ciasta to poezja w czystej postaci, smorodinówka, czyli nalewka porzeczkowa ma aromat i smak, który zapamiętuje się na długo, a wino porzeczkowe przypomina mi francuskiego burgunda. Kocham więc te małe, czarne owoce i wielbię. Z jednej strony...Bo z drugiej robi mi się słabo na myśl o dniu, gdy przychodzi zmierzyć się ze zbiorem i przetwórstwem.
Wbijam się wówczas w najgrubsze dżinsy, kalosze i solidną koszulę, koniecznie z długim rekawem. Nie zważam przy tym na sączący się z nieba żar. Dlaczego? Ponieważ porzeczki dojrzewają w czasie wyroju ślepaków. Te żarłoczne skubańce stadami dopadają się do człowieka, chcąc wyssać z niego całą krew. I nie pomaga nic! Ani piołun poutykany w kieszeniach, ani żadne olejki, ani spreye na owady, nawet te najbardziej agresywne. Żrą i już! Jak widać na poniższym zdjęciu wyglądam wówczas jak prawdziwa baba ze wsi, którą zresztą jestem:-)))



W tym roku porzeczki obrodziły u nas niesamowicie. Z 10 krzewów w różnym wieku ( część dosadzaliśmy w ubiegłym roku ) zebraliśmy niemal 50 kg owoców. I był to bez wątpienia siedliskowy rekord.
W misce na zdjęciu jest plon z jednego, małego, zeszłorocznego krzaczka.





Ze zbiorem czekaliśmy dość długo. Chciałam, żeby część owoców niemal przejrzała, pomarszczyła się odrobinę, tak by cukier w nich maksymalnie się skoncentrował. Takie najlepsze są do wina. Staram się by tych podsuszonych owoców było około 20%. Wino nabiera wówczas wyrazu.


Po kilku godzinach w upale, na klęczkach, wśród zielonych lisci i brzęczących gzów można paść gdziekolwiek, choćby i w wysokie zielsko w towarzystwie tygrzyków i pasikoników. Jest jednak coś, co dodaje sił i podrywa do roboty. Widok. Nie wiem jak Wam, ale mi widok czarnych owoców zwieszających się wśród liści kojarzy się z winobraniem i krajobrazem winnic.


Podczas porzeczkobrania mieliśmy tym razem asystenta...



Makbuń "pomagał" jak mógł. Wspinał się na plecy, łapał porzeczki, usiłował łapać też krwiopijców, ale niestety bez powodzenia...

Kolejne michy z porzeczkami lądowały w domu, gdzie Ciocia przejmowała pałeczkę i pół dnia pracowała niczym kopciuszek przebierając owoce.
A potem nadeszła TA chwila. Ruszyła owocowa przetwórnia. Część owoców poszło do zacukrzenia. Będą nalewki. Część do sokownika, a reszta do wyciskarki i do baniaczka. Bedzie wino. Wytrawne i aromatyczne:-))) Teraz już stoi w bibliotece i wydaje co chwilę bardzo przyjemny dla ucha odgłos: bul, bul, bul...

Owoce przecieram przez takie sito. Robota idzie w miarę szybko, do wina nie trafiają skórki ani pestki i dzieki temu nie robi się "galaretka". Sito zostało nabyte na rynku, od "Ruskich" i sprawdza się znakomicie. Pojawiły się ostatnio w sprzedaży tego typu sita ( widziałam bodaj w Netto ), ale stalowe. W kontakcie z kwasem owoców niechybnie straciłyby na urodzie. A temu " wsio rawno".


A tu już w karnych rządkach: 


Zwróćcie, proszę, uwagę na ten duży słój. Jeszcze moja Babcia robiła w nim soki porzeczkowe. Używam go i ja, a myjąc staram się zawsze uważać na naklejkę z napisem wykonanym babciną ręką.



Nie musze chyba mówić, że późną nocą, po skończonej robocie padłam jak kawka? A prawdziwe przerażenie ogarnia mnie na widok ilości dojrzewających jeżyn... To dopiero będzie!


P.S. Jak Wam się podoba nowa szata graficzna bloga? Poproszę o opinie...