środa, 27 stycznia 2016

Dobry Omen


 Na nic zdało się postanowienie, że na razie nie będziemy brać drugiego psa. Nie mogłam się powstrzymać przed przeglądaniem ogłoszeń. Wczoraj, na fb schroniska Psi Raj z Pasłęka zobaczyłam jego...Omena. Zdjęcie przedstawiało kudłatego miśka. Po przyjeździe misiek okazał się być psem kudłatym...hmmm. do połowy. Druga połowa jest lekko łysa. Okazał się też być psem wiekowym i w nie najlepszej kondycji.Został znaleziony poraniony w rowie przydrożnym pełnym wody, prawie zamarznięty na śmierć. Larwy much wyjadały mu ciało. Pani Basia z Psiego Raju zrobiła co w ludzkiej mocy, by go uratować. Sierść jeszcze nie całkiem odrosła, łapki słabe,  ale nie mogliśmy go nie wziąć. I tak Omen trafił do naszego Siedliska. Z Milą dogadali sie od razu. Chociaż chłopak zapałał do niej dość ognistym uczuciem i jak tylko dojdzie do siebie trza będzie pomyśleć o odjajczeniu. Gorzej z kotami. Bo Omen kotów nie zna. Nie to, żeby chciał pożreć na kolację. Ale powarkuje i łypie nieprzyjaźnie. Acz reaguje na komendy i jest nadzieja, ze skuma, że koty są nietykalne. Na razie Omen rezyduje w kuchni, koty i Mila u nas, a my jak za starych, niuniusiowych czasów, gdy Mila miała cieczkę, przemykamy się do kuchni, a zwierzaki mają " śluzę" to znaczy pies wchodzi i wychodzi frontowymi drzwiami, a Mila jakby co od strony ogrodu. Nie chcemy ryzykować, bo w zeszłym roku Milka miała bardzo niewyrazistą cieczkę zimową...
Taaak, zachciało się babie psa, to ma...

Omen


niedziela, 17 stycznia 2016

Ciasto z buraków? No jasne!

Wynik wczorajszego eksperymentu:-)) Ciasto buraczkowo-czekoladowe z porzeczkami. Chodziło za mną już od dawna, ale ponieważ zima jest i powinnam programowo gubić wałeczki - starałam się wykazać opanowanie w łakomstwie. Ale skoro w sobotę miały wpaść wieczorkiem przyjaciółki...czego się nie robi dla przyjaciółek, nieprawdaż?
A oto efekt:


Przed pieczeniem. Masa jest raczej płynna - konsystencja jak na racuchy, może ciut gęściejsza, ale niewiele.


Pieczemy w rozgrzanym piekarniku ( 189 st.C ). do " suchego patyczka". U mnie około 40 min.
Po upieczeniu można posypać cukrem pudrem, można polać polewą czekoladową, albo na przykład posmarować konfiturą porzeczkowa i wstawić jeszcze na chwilę do piekarnika, żeby się skarmelizowała od góry.
W przekroju jest wilgotne i puszyste:


Wersje przepisów są dwie. Wegańska i tradycyjna.
Wegańska to lekko zmodyfikowany przepis z "Jadłonomii" ( Kocham tę książkę! )
Ja robię ja tak:
Weź:
1 szklankę mleka sojowego, 1 łyżkę łagodnego octu jabłkowego, 1 łyżkę siemienia lnianego i trzy łyżki lekko ciepłej wody. Siemię zmieszaj z woda, odstaw by napęczniało. Mleko wymieszaj z octem. Zostaw na jakieś pięć minut.
W tym czasie weź:
1 szklankę cukru ( najlepiej brązowy, ale może być każdy ). Ja daję cukier, który trzymam w słoju z laską wanilii - dzięki temu nie muszę dodawać ekstraktu waniliowego. dwa ugotowane, starte i zmiksowane buraki ( takie większe ), 3/4 szklanki oleju "3 ziarna" lub innego z pierwszego tłoczenia, szklankę mąki pszennej i pół szklanki grahamki, szklanka kakao lub 3 łyżki kakao i 1 tabliczka rozpuszczonej w kąpieli wodnej dobrej czekolady, 1 łyżeczkę sody oczyszczonej, szklanka czarnych porzeczek z cukru ( lub z nalewki ) i...200 ml nalewki z czarnej porzeczki ( najważniejszy składnik!).
Wymieszaj suche składniki.
Mokre dodaj do mleka sojowego z octem, w którym wcześniej rozprowadź siemię. Miksuj przez chwilę i cały czas miksując dosypuj suche. Jak już ciasto będzie gładkie dodaj obtoczone w mące porzeczki. Delikatnie wymieszaj i do piekarnika. Jest boskie.
Wersja tradycyjna:
3 jajka, 2 szklanki mąki ( pół na pół grahamka i zwykła pszenna ), łyżeczka sody oczyszczonej, szklanka cukru ( albo z wanilią, albo dodaj też ekstrakt waniliowy ), 3/4 szklanki oleju z pierwszego tłoczenia, duża tabliczka gorzkiej czekolady, 3 łyżki kakao, 2 solidne buraki ugotowane, starte i zmiksowane, 200 ml naleweczki i porzeczki.
I tak jak w poprzednim przepisie - najpierw miksujemy mokre, czyli buraki, olej, jajka, czekoladę rozpuszczoną w kąpieli wodnej i naleweczkę, do tego cały czas miksując dosypujemy wymieszane wcześniej suche i na koniec dodajemy porzeczki.
I oto jest!





piątek, 15 stycznia 2016

Hu Hu Ha Zima Nie Jest Zła



Jest dobrze. Biało, zimowo, niezbyt mrożnie, nie wieje. Najlepszy " kawałek" zimy jaki może być.Mila też tak uważa. Jęczała cały ranek, żeby nas wyciągnąć na s-kę. Nie dało rady się wymigać. Trzeba było iść...

Na początek mała przebieżka z sarnami. Nieszkodliwa, bo dupcia ciężka, biegać się nie chce, a sarny głupie nie są. Odbiegły kawałek i postanowiły Milę tradycyjnie zlekceważyć.



Powrót. Z triumfalną miną, bo przecież " wcale nie chciałam ich dogonić:-))"




Potem było spotkanie z naszym stałym zimowym rezydentem - myszołowem włochatym.


Potem walka na śnieżki:
Atak na matkę???!!!


Ta zniewaga krwi wymaga!

Zwycięstwo!

Przynęta na jemiołuszki ( nie działa )


Usatysfakcjonowana Mila

Lepimy bałwana



 Ta daaam:-))


Przynęta na sikorki i inna drobnicę ( działa )


Król Makbet I




niedziela, 3 stycznia 2016

Sylwestrowe wietrzenie Miluni




 Wykorzystaliśmy piękną pogodą w końcówce roku i w sylwestrowe popołudnie daliśmy wyciągnąć się Mili na Spacer. W domu w ogóle się tego słowa nie wymawia. Jest na liście słów zakazanych. Bo Mila na dżwięk słowa " spacer" ( nawet wypowiedzianego najcichszym szeptem), zrywa się, gdziekolwiek by nie pochrapywała i natychmiast jest zwarta i gotowa. Jej gotowość objawia się szczekaniem, popiskiwaniem, kręceniem się drapaniem. Jako ostateczność stosuje metodę najgorszą. Siada przed człowiekiem, patrzy się wielkimi gałami, wali ogonem o podłogę i jednocześnie jęczy. To bardzo niecny sposób, bo człowiek ma natychmiastowe wyrzuty sumienia, że jest okrutnikiem męczącym psa brakiem wybiegiwania, zbiera się, ubiera i idzie.
Tak więc słowo na "S" u nas nie istnieje. Na razie możemy mówić " s-ka", ale pomału zaczyna kumać, więc trzeba będzie szyfr zmienić...
Ale tym razem to ja byłam siłą sprawczą s-ki.. Wojtek wypatrzył przez okno drapola lecącego nad polami. Padło podejrzenie na orła. Tylko nie wiedział który - bielik, poniekąd stały rezydent, bo często je u nas widujemy, czy orzeł przedni, który od kilku sezonów bywa w naszej okolicy. Szybko narzuciłam kurtkę i wyleciałam na zewnątrz zobaczyć co tam po naszym niebie lata. Nic już nie latało, ale światło i powietrze były boskie. Wyciągnęłam więc resztę towarzystwa. A było tak:
Widok za rzekę:


Sarny na polu:
Mila i konie u sąsiada ( sąsiad ma absolutny odjazd na punkcie swoich koni:-))

Dawna droga - teraz korzystają z niej sarny, a w wierzbach można wypatrzyć sowę uszatą:-))

Słońce zachodzi, pora wracać...

Ostatni rzut oka na Siedlisko
 I na rzekę...

wtorek, 29 grudnia 2015

Końcówka

Kolejny rok zbliża się ku końcowi. Rok słodko-gorzki, w którym przeplatały się wydarzenia dobre, radosne z bolesnymi. Te drugie wiążą się z pożegnaniami naszych zwierząt. Odeszły w tym roku moje ukochane kocie staruszki. Ziutka, Julek i Agatka dożyły wieku 19 lat. To dużo jak na koty, ale i tak boli, Rudzielec Filip miał tylko 15 i zgasł w ciągu 24 godzin na ostra niewydolność nerek. Za Niuśkiem, moim psie nad psami, berneńskim " cyckiem" tęsknię nadal ogromnie i wiem, że taki pies trafia się raz. Ale były też dobre chwile. Praca - intensywna, lecz dająca mnóstwo radości i satysfakcji, wizyta ekipy tv, koniec głównego remontu na dole i mnóstwo jeszcze takich chwil - motyli, kolorowych i nadającym życiu sens. W końcówce dziadka 2015 postanowiliśmy sprawić sobie prezent, a nawet dwa prezenty. Pierwszy to obraz z ulubionego przez nas zdjęcia. Fotkę strzelił Wojtek w pierwszych miesiącach naszego życia w Siedlisku. Zdolności malarskich nijak nie mamy - obraz został wydrukowany na płótnie i zawisł na sypialnianej ścianie. Lubię patrzeć na niego przed zaśnięciem.


Drugi prezent jest ...hmmm...większy. Nasz Gustaw po zmaganiach z żuławską drogą uległ częściowej degradacji. Choć dzielny koń mechaniczny przebył z nami tysiące kilometrów, każda podróż wiązała się ze sporą dozą adrenaliny. Zepsuje się w trasie, czy się nie zepsuje? Wielkich numerów nam nie robił, ale ryzyko było. Zdarzało mi się przejechać pół Polski z wydechem przywiązanym sznurkiem ( bo odpadł ), albo dolewać wody do chłodnicy co 30 km ( bo się zrobiła dziurka ), Gustaw dbał by zapewnić nam dodatkowe atrakcje. Jeszcze przed samymi świętami nasza córcia - świeżo upieczony kierowca ) przyładowała tylnym zderzakiem w latarnię na parkingu ( skubana nie ustąpiła jej pierwszeństwa! ). Zderzak obkleiłyśmy czarną taśmą, co by nie odpadł całkiem ). Postanowiliśmy więc Gustawa przekazać dziecku - niech trenuje! A my nabyliśmy Tygrysa.


Tygrys jest na razie bardziej banku niż nasz, a ja mam pewne opory jeśli chodzi o prowadzenie go. Jest taki nowy...W życiu nie jeździłam nowym samochodem. Poruszając się leciwym ( acz dzielnym ) Jeepem, potem Guciem nie miałam stresu, że coś tam, gdzieś tam porysuję. A teraz...Nogi mi miękną na samą myśl o tym! Wojtek oporów nie ma, a ja się pomału przełamuję. Dzisiaj na przykład wyruszę na mrożącą krew w żyłach wyprawę do sklepu we wsi. ( 3 km...).
A poza tym relaksujemy się okołoświątecznie.
Choinka tradycyjnie w doniczce. Tylko mniejsza niż w zeszłym roku, bo wtarganie donicy z ziemią o wadze około 200 kg prawie nas w ubiegłym roku zabiło. Ta jest raczej minimalistyczna. Gęsty, zwarty świerczek. Mam nadzieję, że posadzony w ogrodzie przyjmie się i za kilka lat sarny będą się mogły pod nim wylegiwać:-))


Koty już wyrosły ze wspinania się na drzewko i obgryzania ozdóbek. Kartezjusz robił za ozdobę:-))


Salcia za ochroniarza:


A Król Makbet za obserwatora:


Salcia po śmierci Ziutki, do której była bardzo przywiązana wyłysiała nam ze stresu. Ten mały kotek miał łyse placki dosłownie wszędzie. Badania wykluczyły grzybicę i ewentualne pasożyty. Doktor zalecił dużo miłości, mało stresu i witaminy. Jeśli by to nie pomogło zamierzaliśmy podać kotu inhibitory serotoniny. Na szczęście Salci futerko odrosło, bo mielibyśmy kota na psychotropach...
Mila jako jedynaczka wykorzystuje sytuację i okupuje nasze łózko:


A ja w ramach "zamykania roku" przemalowałam ścianę w sypialni ( znudziły mi się maziaje )


Świecznik to zdobycz z Jarmarku Dominikańskiego. Wygrzebany w rupieciach, w dwóch częściach. Teraz - połączony w jedność idealnie dopasował się do sypialni.
Odnowiłam krzesło:



Krzesło Wojtek przytargał ze stodoły, gdzie stało chyba od zawsze. Uznał, ze jako mebel o konstrukcji metalowej wytrzyma jego wygibasy. Nie wytrzymało. Odpadło oparcie. Ja tylko dodam, że Wojtuś po kolei załatwił już 4 krzesła, które czekają w kolejce do kliniki mebli ( to znaczy czekają, aż kupię wikol i będę miała natchnienie na robotę przy nich. )
Krzesło pierwotnie wyglądało tak:



Jak zapewne widzicie oparcie jest nieco krzywo: Wkręciłam śrubki w miejscu poprzednich - nie były w linii prostej. Trochę się boję wkręcać w nowym miejscu, bo płyta oparcia jest w fatalnym stanie i jest ryzyko, ze będę musiała ją całkiem wymienić...



Zostały jeszcze dwa dni starego roku. Powinnam "strzelić" jeszcze dwa zaległe reportaże. Co by nie wisiały nade mną w nowym, pełnym siły i nadziei, młodzieńczym 2016 roku!
Do Siego!