piątek, 17 lutego 2012

Dzień kota




Kot jaki jest każdy widzi. Jest niezależny, honorowy, piękny, mądry ( chociaż to nie zawsze...) i jak już pokocha to na wieki wieków. Bo to nieprawda, że koty nie przywiązują się do ludzi. Moim kotom jest absolutnie wszystko jedno gdzie są, byle byłyby ze mną. Koty mojej Mamy wielbią ją bezgranicznie. Przeprowadzka nie obeszła ich wcale. Ale jak Mama była w szpitalu wszystkie za nią tęskniły, szukały jej, spały na maminym swetrze - żeby chociaż w ten sposób być bliżej. I ja kocham moje koty miłością absolutną - razem z ich wadami, charakterkami i numerami, które potrafią wywinąć. Taki Makbet na przykład jest chodzącą reklamacją. Bo wyobraźcie sobie, że bierzecie sobie miłego, małego kotka. Kotek ten rośnie i staje się - jak to określił nasz wet - trzy razy większy od samego siebie:-))) I kotek ten furczy oraz tłucze z pazurami bez litości zawsze, ilekroć weźmie go ktoś na ręce. No, chyba, że sam przyjdzie. Wtedy jest najmilszym przytulakiem. Ja i tak mam fory, bo mnie tłucze stosunkowo niechętnie. Elmirka z kolei, wyglądająca niczym puchaty, uśmiechnięty pluszak z różowym nochalem też jest niezłą purchawką, która wydaje przerażające odgłosy ilekroć cośkolwiek dzieje się nie po jej myśli. Czarna Norka to kot niezależny. Ona na kolanka przychodzi tylko od święta. Ziuta to nerwowa złośnica, Tośka - wybredna niczym arystokratka. No a Rych - wiadomo! Kajtuś i Salcia to najbardziej niekłopotliwe kociaki na świecie. Uwielbiam te moje potwory bezgranicznie. Bo kot, nawet jak ma do ciebie jakąś pretensję, nie będzie długo chował urazy - raz dwa " powie ci", co o tobie myśli, a potem przyjdzie, miźnie się do policzka i zamruczy mówiąc " i tak cię kocham". Kot nie będzie na ciebie spoglądał złym wzrokiem, w niepamięć puści nawet jak strzelisz jakąś głupotę. Będzie cię kochać nawet jak już będziesz stara i pomarszczona. A kocie wygłupy pomogą przegnać ciemne myśli. Kot jest serduszkiem zapasowym, które wspomoże twoje, jeśli czasami nie ma już siły. I tylko serce pęka na widok wszystkich, bezdomnych kotów. Bo każdy z nich powinien mieć niezbywalne prawo do szczęśliwego dzieciństwa, pełnej miseczki, ciepełka i własnych, osobistych kolan do mruczenia.

Elmirka lekko znudzona obserwacją z wyżyn:-)))



Pani palikotem?



Poranek



Mały kotek z dużym "kotkiem"



Kajtuś w całej okazałości



Ryszard



Koty mojej Mamy. Na przedłużce kaloryfera. I tu mam pytanie - jeżeli legowisko przy piecu nazywamy przypieckiem, to czy takie może być przykaloryferem?



Filip - mamuniowe " maleństwo". 11 kilo samych mięśni!




I jak tu nie kochać kotów?

piątek, 3 lutego 2012

Sakramenckie mrozy


Zima daje do wiwatu. Najpierw w tajemniczych okolicznościach zabrakło wody w kranach. Rankiem wstałam i jak zawsze z niepokojem zerknęłam na termometr w pokoju: 13 stopni. OK. Nie jest tak źle. Potem wypuściłam psy prawie przymarzając ręka do klamki, nakarmiłam koty, zrobiłam kawę. Woda leciała bez problemu. I nagle zaciurkało, zabulgotało i...koniec. Wody niet. Wywlokłam Wojtka spod piernatów ogłaszając niepokojącą nowinę. Bo gdyby zamarzło w nocy - zasadniczo nie byłoby w tym nic dziwnego. Ale tak? Dziwy. Tym bardziej, że hydrofor chodził, aczkolwiek na sucho. Po przeprowadzeniu dochodzenia, odkopaniu spod izolacji hydrofora, zaglądaniu w czarne i zimne czeluście studni, odmrażaniu paluszków dolnych i górnych przy sprawdzaniu kolejnych rur doszliśmy do wniosku, że...kompletnie nie wiemy o co biega. Zawezwany na pomoc Szwagier cudotwórca przez telefon jął udzielać porad. Efektów zero. Jako, że samochód stał za rzeką Wojtek ubrał się niczym na Syberii, wziął w garść w butle i powędrował po wodę do sąsiada. Wieczorem po niemal całodziennym ogrzewaniu ustrojstwa i braku zadowalających efektów padliśmy. Tym bardziej, że Wojtek miotał się cały dzień między ogrzewanym hydroforem, drewutnią, gdzie klnąc na czym świat stoi rąbał drewno w temperaturze -18 stopni, piecem CO w piwnicy i piecami w pokojach, bo u Mamy i Cioci temperatura w pokojach za nic nie chciała przekroczyć 15 stopni. Rano okazało się, że rura od kaloryfera u Cioci zamarzła. Nie grzały kaloryfery u Niej, w Kuchni i w korytarzu, gdzie na drzwiach tworzyła się już spora warstwa lodu. W sobotę hydrofor dalej buczał ewentualnie na sucho. Po rozkręceniu okazało się, że walnęły jakieś uszczelki. Szwagier z odsieczą przybył w niedzielę i - chwała Panu w niebiesiech udało się draństwo naprawić. Rozmarzły też kaloryfery. A dzisiaj znowu - kurka wodna, psiakrew u Cioci kaloryfery zimne. Nocna niechęć do opuszczania domowych pieleszy zemściła się okrutnie. Ogacone bardzo dokładnie rury znowu przymarzły. Normalnie rączki i nóżki opadają. Teraz u Babć już buzuje ogień w piecach, a rury usiłujemy odmrażać farelką. Ale jak jeszcze trochę przymrozi to niechybnie przyjdzie oszaleć, bo w takiej temperaturze normalnie mózg zamarza!

wtorek, 24 stycznia 2012

Wiejskie klimaty




Nie tylko my robimy swojskie wędliny:-))) Odwiedziliśmy w zeszłym tygodniu wytwórcę prawdziwie domowych wędlin. Otóż dla miesięcznika " Kuchnia" robiliśmy reportaż o pewnym gospodarstwie agroturystycznym, w którym robi się zaiste smakowite rzeczy. Szynki, kiełbasy, pasztety i inne cuda. A do tego wiejski chleb na zakwasie. Mogliśmy porównać smak szynki naszej i tej od Tadeusza, czyli z gospodarstwa "Vitalis". Trudno nam zdecydować, która lepsza. Tym bardziej, że nasze robiliśmy kierując się radami mistrza masarskiego szalejącego ze swoimi recepturami we wspomnianym gospodarstwie właśnie. Lubię tam jeździć. Ba - w ogóle lubię Wysoczyznę Elbląską, a właśnie tam swoją farmę założył Tadeusz. Rogacizna ( znaczy się krowy ) które hoduje Tadeusz wyglądają niesamowicie w naszym krajobrazie. To futro i rogi:-))). Nie napiszę nic więcej, przeczytacie w "Kuchni":-))) Taka będę, a co:-))) Ale parę fotek pokażę...
A potem pomknęliśmy na spotkanie wiejskie. Nie pamiętam, czy pisałam, że razem z sąsiadami założyliśmy stowarzyszenie " Dwie Wsie". Pomalutku krystalizuje nam się kierunek działalności. Będziemy chciały ( bo w stowarzyszeniu przeważają kobiety )tropić ślady dawnej kuchni żuławskiej. Bo chociaż u nas ludność napływowa, to jednak i trochę przekazów ustnych się ostało, i każda z nas ma swoje, ukochane przepisy, przekazywane z pokolenia na pokolenie. Na poprzednim spotkaniu tylko opowiadałyśmy o naszych kulinarnych wspomnieniach. Jadzia opowiadała o czarninie i dziczyźnie, Celina też o mięsiwach na różne sposoby i ciastach, które przyrządza tak, że nikt im się nie oprze. Ela jest specem od sałatek, Tereska robi rewelacyjne pierogi, a Gosi babcia piekła takie chleby, że wspomnienie o nich nadal krąży po wsi. Nie dziwne więc, że następne spotkanie postanowiłyśmy zrobić degustacyjne. Mimo, że siedziba stowarzyszenia jak na razie jest u nas, spotkanie urządziłyśmy u Jadzi. Bo do nas chwilowo dojazdu nadal niet... I było pysznie! Bo i dziewczyny są fantastyczne, i stół udało nam się zastawić po brzegi. Może nie wszystkie potrawy były tradycyjne i typowo żuławskie - ale na pewno były pyszne:-)))
Pasztet z dzika autorstwa Jadzi wzbudził uzasadnione zachwyty, sałatka Eli zaskakiwała indyjskim posmakiem i nie można było skończyć jej jeść, Celina zaskoczyła nas zapiekanką rybną ( muszę wycyganić przepis:-))). Nie sposób wymienić wszystkich potraw. Na deser miałyśmy biszkopt z galaretką i rogaliki mamy naszego sołtysa. Rozpusta! My przynieśliśmy naszą szynkę, dżemy, syropy z czarnego bzu i mniszka lekarskiego i chleb na zakwasie od Tadeusza ( bo mi ostatnio okrutny gniot wyszedł...) Tylko Wojtek czuł się ciut nieswojo, jako że był rodzynkiem w naszym babskim towarzystwie. Kuchnia żuławska jak się okazuje to jak dotąd bardzo tajemniczy temat. Bo w zasadzie zanikła. W wichrach historii niewiele zostało świadectw o tym jak żyli dawniej tutejsi mieszkańcy. Na razie moje śledztwo naprowadziło mnie na kilka śladów. Nad odtworzeniem dawnych, żuławskich smaków pracują członkowie stowarzyszenia " Żuławy Gdańskie", a pan prof. Andrzej Januszajtis z Gdańska też tropił ślady kuchni Żuław Gdańskich. Na razie wiem na pewno, że pomiędzy kuchnią na Żuławach Gdańskich i Elbląskich było kilka zasadniczych różnic. Zwłaszcza jeśli chodzi o potrawy z ryb. Bo u nas przeważały ryby słodkowodne, dostępne w jeziorze i okolicznych rzekach. A tam królowały śledzie, flądry i dorsze. Ale o tym napiszę innym razem, bo na razie śledztwo trwa...

Tadeuszowe szynki w oparach dymu...


Żuławskie ( i nie tylko ) smakowitości



Bardzo miło obraduje się w takich warunkach:-)))




A teraz do roboty:-))) Ta śliwa przemarzła w ubiegłą zimę. Przez cały sezon była kompletnie łysa. I nadszedł czas wycinki... Trzeba drzewo przesuszyć przed następnym wędzeniem. Łatwo nie było...



Makbet dostarcza nam rozrywek...Czy widzieliście kiedyś kota tej wielkości, w takim koszyczku, a w dodatku śpiącego w takiej pozycji?!!!



P.S. Tak siedzę przy kompie, zerkam w okno i co widzę? Myszołów goni krogulca! A wczoraj nad naszym sadem przemknął młody bielik. I weź tu pracuj w tych warunkach, człowieku....

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Zimowa niedziela, czyli berny w śniegu


Nie będę się rozpisywać dzisiaj. Dość powiedzieć, że nareszcie dotarła do nas Pani Zima. Najbardziej zachwycone są rzecz jasna, nasze berny, które szaleją w śniegu i wracają w postaci białych niedźwiedzi. Wczoraj z rana najpierw zelektryzował nas widok zająca - schował się skubaniec w krzakach, tuż za ogrodzeniem. Mogliśmy do woli przyglądać mu się przez okno. Grubiutki był:-))). A potem wybraliśmy się na spacer. I było pięknie, i bajkowo. Zresztą zobaczcie sami:-)))

Niuniuś w oczekiwaniu na spacer.



Wszędzie biało.



Ale fajnie!



Mila trzyma Niuniusia na krótkiej smyczy:-)))



Już lecę...



Czyż nie jestem piękny?



Odpoczynek Miluni.



"Niedźwiedzia" łapa...



Rozlewisko



Ogród w zimowej szacie.






Ryś zimą preferuje domowe pielesze:-)))



Salcia też:-)))



Odpoczynek po spacerku.



Po takim spacerze dobrze się pokrzepić. Na przykład pieczoną kaczką:-))) Kaczora dostaliśmy od sąsiadki w ramach wdzięczności za podwożenie do miasta, wożenie do lekarza i takie tam drobnosąsiedzkie przysługi. Dodam, że kaczka była niejako w całości - czyli nadal opierzona. Moja Mama musiała przypomnieć sobie dawne umiejętności i ptaka sprawić. Upiekłam go z żurawinami i jabłuszkiem, podlałam czerwonym winem i był...pycha:-)))Do kaczki były pieczone ziemniaczki z czosnkiem i tymiankiem oraz czerwona kapusta - z żurawinami, rodzynkami i czerwonym winem oczywiście:-))) Kaczor spoczywa na XVIII wiecznym, fajansowym, holenderskim półmisku nabytym przeze mnie za dychę na jednym z gdańskich targowisk:-)))



I jeszcze jeden widoczek na pożegnanie:

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Gmina Road nr 4 i Małysz



Znacie nasze drogowe przeżycia? Znacie...bo pisać o tym można bez końca. Teoretycznie do naszego siedliska wiodą trzy drogi. Ba – nawet cztery, jak się okazało, bo gdy pojedziemy w lewo, pod wałem rzeki dawną drogą do jumbów ( znaczy się płyt betonowych położonych za czasów PGR-u ) to zasadniczo mamy cztery drogi dojazdowe. Jest to, rzecz jasna czysta teoria, bo droga numer jeden – najkrótsza, prowadząca w lewo pod wałem rzeki Wąskiej, przez większą część roku jest nieprzejezdna. Ostatnio zakopał się tam sąsiad...traktorem, a drugi traktor z trudem go wyciągnął. Mam fantazję, ale taką, żeby konkurować z maszyną Sołtysa, to już nie. Chociaż przed akcją wzajemnego wydobywania traktorów jeszcze ryzykowałam budząc powszechne zdumienie we wsi. Do tego stopnia, że na widok Jeepika przedzierającego się przez błotne koleiny nasi sąsiedzi nieodmiennie wychodzą przed dom, stają na skraju drogi i obserwują czyniąc zakłady: przejedzie, czy nie. Różnie z tym bywa jak wiadomo. Droga numer dwa, czyli tzw. “sołtysowa”, bo w sezonie letnim sąsiad ją grodzi i wypasa tam jałówki jest przejezdna zmiennie. Jej część stanowi bowiem piękny i tłusty czarnoziem, który pod kołami czegokolwiek raz dwa zamienia się w coś, czego drogą już nazwać nie sposób. Ale jadąc ostrożnie boczkiem, na skraju rowu melioracyjnego i łapiąc przyczepność jednym kołem przejechać się da. Aczkolwiek w przypadku nie zachowania czujności koła się mogą omsknąć i... pozostanie tylko czekanie na Sołtysa w największym we wsi traktorze. Droga ta jest bardzo malownicza, bo lubią przy niej popasać się sarny, w chaszczach kryją się zające, a na starych drzewach siadają myszołowy. Jak człowiek stanie i dobrze się rozejrzy to i sowy uszate wśród starych wierzb wypatrzy. Ale w warunkach obecnych stawać nie należy, bo samochód momentalnie zagłębia się w glebie. Droga numer trzy, która zawsze była jakoś tam przejezdna obecnie jest trasą dobrą dla samobójców, z uwagi na sterczące zdradziecko połamane płyty i druty oraz koleiny jak po przejeździe kolumny czołgów. A ostatnio korzystaliśmy z drogi numer cztery – nadrabiając za każdym razem blisko 7 kilometrów. Ale niestety – nic, co dobre nie trwa wiecznie i...ta droga też się w końcu rozmokła. O czym przekonał się mój brat, który usiłował swoim “plaskaczem” przejechać. Otóż ugrzązł na amen i późną nocą dygał do domu w kompletnych ciemnościach. Jak w końcu dotarł utytłany był w błocie po pas. My nie daliśmy rady go wyciągnąć. Potrzebny był rzecz jasna traktor. Z dużym trudem przedarliśmy się w święta, żeby Wojtka rodziców dowieźć na świąteczny obiad. Mama, która jest osobą o stalowych nerwach i naprawdę niejedno już widziała, wysiadła z auta na miękkich nogach i słabym głosem wyszeptała: “ Nigdy więce takiej jazdy...”. Determinacja jej była zaiste wielka, bo z powrotem jechać już nie chciała. Wolała po ciemku, z latarką przeprawić się przez kładeczkę. A kładeczka – przypominam jest z dwóch szyn, bez poręczy. W sumie ma z 40 cm szerokości. No, może 50... My od dwóch tygodni dygamy do kładeczki nie bacząc na wiejące wichry, padające deszcze i ciemność. Bo jak wyjeżdżamy o 7 rano jest jeszcze ciemno, a kiedy wracamy po 16-tej jest ciemno już. I nie dziwi mnie już zacietrzewienie w duszach i słowach sąsiadów, którzy na sam dźwięk nazwiska Z., czyli urzędnika odpowiedzialnego za drogi gminne dostają amoku i mściwie domagają się, żeby na każdą inspekcję przyeżdżał swoim samochodem bo “ na pewno się zakopie”, mściwie przy tym chichocząc. Albowiem nie tylko my mamy drogi w takim stanie ( ale nasze są najgorsze – chociaż cztery). A co ma do tego Małysz? A tak mnie naszła refleksja, gdy czytałam relację o dokonaniach naszego skoczka podczas rajdu Paryż – Dakar. Bo nie wystarczy trochę pojeździć terenówką. Potrzeba naprawdę wielu godzin w trudnym terenie, żeby nauczyć się tej specyficznej odmiany jazdy. Bo inaczej wóz się będzie nieodmiennie wywracał, albo zakopywał, albo wypadał na zakręcie. Ech, a swoją drogą gdyby ktoś mi dał tak stuningowane autko, z oponkami jak w traktorze Sołtysa – to żadne droga nie byłaby mi przeszkodą i życie byłoby piękne. Chyba wystartujemy w jakimś rajdzie... A co tam!


Droga samobójców



Droga do kładeczki



Zakopani

piątek, 30 grudnia 2011

Poświątecznie – wędzenie I reszta.




Święta minęły nie wiadomo kiedy – my w tym roku postanowiliśmy urządzić święta swojskie, nie latać z wywieszonym językiem po sklepach, nie wydawać nie wiadomo ile pieniędzy, a przede wszystkim skupić się na tym, żeby to, co na światecznym stole postawimy było dobre, naturalne I zdrowe. W związku z powyższym postanowieniem Wojtek nabył ponad 3 kilo szynki oraz boczku celem własnoręcznego wykonania wędzonek. Najpierw zalewę zrobiłam z gotowej soli peklowej, którą szczęśliwie miałam wśród przypraw, bo jakoś w sklepach jej nie było. Do tego dodałam kilka ziaren gorczycy, kilka ziela angielskiego, listki laurowe I pieprz ziarnisty. Mięsy włożyliśmy do kamionkowego gara, przycisnąliśmy talerzykiem I kamieniem rodem ze Szklarskiej Poręby I – do piwnicy. Niestety w piwnicy temperaturę mamy powyżej 7 st. C, a autorytety w dziedzinie wyrobów wędliniarskich twierdzą, że proces peklowania powinien przebiegać w temperaturze do 6 stopni. Autorytety miały rację, bo po trzech dniach zalewa straciła przejrzystość. Trzeba było zrobić nową, a soli peklowej nadal w sklepach niet. Za radą sąsiadki zrobiłam zalewę z soli kamiennej w proporcjach “ żeby surowe jajko po powierzchni pływało”. Pływało. I szynkę I boczek podzieliłam przy okazaji na mniejsze kawałki. Z powrotem do gara I po sprawdzeniu temperatury w całym domu, okazało się, że idealna jest na strychu. I tak mięsko peklowało się przez ponad tydzień. Potem nastąpił etap wędzenia – Wojtek z moim bratem odpalili starą wędzarnię z beczki, w ogrodzie, która została jeszcze po poprzednich właścicielach. Najpierw powiesiliśmy szynki I boczki co by trochę obciekły, potem osuszaliśmy je w otwartej wędzarni przez godzinę, a potem spokojnie wędziły się przez cały dzień. I wiecie co – nie ma porównania z wyrobami ze sklepu! Jak raz spróbujesz własnej wędzonki – chemicznej szynki nie tkniesz. Po nowym Roku wędzimy następne! W każdym razie rodzina, która odwiedziła nas w Święta z niekłamnym zachwytem degustowała wędzonki.
Poza akcją wędzarniczą działo się u nas niewiele ( jak na nas ). Barokowe kotki miały koci katar. Musiałam wirusy na butach od sąsiadki przynieść, bo jej koty były chore. Już jest lepiej, ale mieliśmy cztery zasmarkane I zaflukane łaciate kociątka. Do weta pojechała jako przedstawicielka całości Elmirka, bo była najbardziej zaflukana. Reszta dostała leki na podstawie diagnozy postawionej Elmirce. Już jest lepiej – jeszcze od czasu do czasu kichną, Kajtuś ma jeszcze ciut zaropiałe oczko, ale apetyty im dopisują!
Choinka w tym roku w stylu tradydyjnym – znalazłyśmy z Ewą pudło z ozdobami choinkowymi po Babci. A w nim stareńkie ptaszki, bombki mające już dobre 50 lat, albo I więcej. Tak więc mamy drzewko wspomnieniowe – bez sztucznych łańcuchów, lamety I waty. Ładne jest:-))). A od Mikołaja z Poznania ( dziękuję Święty Mikołaju:-))) ) dostałam... zmywarkę. Sprzęt ten cudowny I niepowtarzalny stanął w kuchni, a ja siadam sobie wieczorkiem wsłuchując się w jej kojący szum I patrzę się z zachwytem:-))) Dostałam też świetną książkę “ Lavinia I jej córki” Marleny de Blasi oraz inne cuda, ale o tym w następnym poście, bo by mi za długi wyszedł:-)))
A jakbym już jutro nic nie pisała – to Szczęśliwego Nowego Roku Wam wszystkim życzę!

Etap I - peklowanie



Rzut oka na wędzarnię



Etap II - wiązanie. Wymaga trochę krzepy ale daliśmy radę!



Etap III - obsuszanie, czyli...szynki na gruszy w zastępstwie gruszek na wierzbie...



Obsuszania ciąg dalszy i rozpalanie ognia pod wędzarnią. Siwy dym szedł po polach i rowach melioracyjnych mieszając się z mgłą:-)))




I gotowe!

W ilości mniejszej niż na zdjęciach poprzednich, bo część szynek została już skonsumowana



No dobra - koniec tematów wędzarniczych, wracamy do choinki: ptaszek z babcinej choinki:-)))



Pajacyk ( pamiętam go z bardzo wczesnego dzieciństwa:-))) )



A na koniec - zasmarkana Elmirka kurująca się w objęciach Miluni:-)))




PS. I byłabym zapomniała – w ostatnim numerze “ Kuchni” - tym styczniowym jest nasz reportaż o manufakturze słodkości w Gdańsku.” Słodkie ciuciu”. Tekst mój, zdjęcia Wojtka! Cieszę się jak gwizdek, bo chociaż ponad 20 lat w tym zawodzie pracuję każda nowa publikacja to dla mnie wielka radość:-)))

piątek, 23 grudnia 2011

Zdrowych i Wesołych!


Kochani - Życzymy Wam Zdrowych, Dobrych i Spokojnych Świąt Bożego Narodzenia! Szczodrego Mikołaja, Spełnienia Marzeń i Śniegu za oknem ( ale nie zasp!)

Wszyscy Mieszkańcy Siedliska pod Lipami

czwartek, 15 grudnia 2011

Już prawie święta, czyli Prezenty!!!!




Dzisiaj przez cały dzionek jak dziecko czekałam z nosem przylepionym do szyby I wypatrywałam listonosza, o – przepraszam – czekałam na nietypowo odzianego Mikołaja:-))) I w końcu wyłonił się zza nadrzecznego wału I zaczął zmierzać ku siedlisku. Czym prędzej wsunęłam na nogi kalosze, narzuciłam kurtkę I popędziłam w jego kierunku gnana niecierpliwością oraz chęcią skrócenia drogi strudzonemu Mikołajo-Listonoszowi. Warto było!
Od Asi z bloga “ W Kredensie Babci Marianny” przyjechał do mnie miniaturowy I przesympatyczny Dziadek do Orzechów, wspierający się na czerwonym muchomorku do cerowania. Wiecie, że całe dzieciństwo marzyłam o takim Dziadku? Moja wyobraźnia pobudzona przez bajkę baletową według znanego wszystkim “ Dziadka do Orzechów “Czajkowskiego materializowała Dziadunia w czerwonym mundurku nie raz. A teraz jest. I dzielnie mi asystuje przy pisaniu:-)))
Ale to nie koniec niespodzianek. Razem z fajnistymi dziewczynami ze strony “Kocham wieś” postanowiłyśmy zrobić sobie nawzajem świąteczne prezenty. Odbyło się losowanie kto komu I...poczta znów miała robotę:-))) Do mnie prezent już dotarł. W tajemniczej paczce były urocze, naturalne drobiazgi. Kocham Święta!

Woreczek płócienny od Cioteczki. Będę w nim przechowywać suszone zioła:-)))



A w woreczku...pachnąca miodem świeca woskowa, własnoręcznie zrobione serwetki i śliczne, słomiane aniołki:-)))



Ciekawe, co jeszcze Mikołaj przyniesie do Siedliska...