wtorek, 22 lipca 2014

Kolacja z serową nutką




Jak wiecie szykujemy się do warsztatów w Izerach, a ponieważ będzie to okazja do spotkania nie tylko z miłośnikami serów, ale również z grupą blogowych Przyjaciół - zależy nam, żeby kolacja, którą razem przygotujemy była i fajna i ciekawa i...przebiagała nam z serami w tle. W związku z powyższym eksperymentuję w kuchni. Dzisiaj były amerkyańskie pancakes ( czyli swojsko brzmiące pankejki ) oraz muffinki. Jedno i drugie oczywiście z serami. Do ciasta na pankejki dodałam ricottę, gęsty jogurt, parmezan i cukinię. Do muffinek poszły: serek kozi, ładnie dojrzały ser bursztyn i również cukinia ( ale myślę, że fajne będą też np. ze szpinakiem, czy jarmużem ). I teraz nie wiem, na co się zdecydować! A może zrobimy i pankejki, i muffinki? Co Wy na to? No i wymyślam dalej...
P.S. A dzisiaj czeka nas jeszcze mnóstwo pracy. Testujemy dla Was cydry... Ja nie wiem, jak my sobie z tą robotą poradzimy...
P.S.2. Zwróćcie uwagę na te urocze, kolorowe utensylia kuchenne. Nie mogłyśmy się z córką oprzeć i kupiłyśmy cały komplet w tym samym kolorze. W Biedronce, w bardzo miłej dla kieszeni promocji:-)))

Pankejki od serca...



Muffinki przed wrzuceniem do piekarnika


I gotowa! Następnym razem dam trochę więcej ciasta, niech mają wystające brzuszki.


Zapraszam jutro na bardzo subiektywny ranking cydrów.
Asia

piątek, 18 lipca 2014

Porzeczkowe żniwa




Czarne porzeczki zawsze wywołują u mnie uczucia dość ambiwaletne. Bo z jednej strony porzeczki uwielbiam pod każdą postacią. Należą do najbardziej prozdrowotnych, polskich owoców, są prawdziwą bombą z witaminą C, sok z czarnych porzeczek uchroni nas przed przeziębieniami, a jeśli już coś nas dopadnie, pomoże zwalczyć infekcję. Napar z młodych liści czarnej porzeczki oczyszcza organizm, ma zbawienny wpływ na pracę nerek, a osobom, którym dokucza artretyzm i dna moczanowa przyniesie ulgę. Poza tym porzeczki w cukrze dodane do ciasta to poezja w czystej postaci, smorodinówka, czyli nalewka porzeczkowa ma aromat i smak, który zapamiętuje się na długo, a wino porzeczkowe przypomina mi francuskiego burgunda. Kocham więc te małe, czarne owoce i wielbię. Z jednej strony...Bo z drugiej robi mi się słabo na myśl o dniu, gdy przychodzi zmierzyć się ze zbiorem i przetwórstwem.
Wbijam się wówczas w najgrubsze dżinsy, kalosze i solidną koszulę, koniecznie z długim rekawem. Nie zważam przy tym na sączący się z nieba żar. Dlaczego? Ponieważ porzeczki dojrzewają w czasie wyroju ślepaków. Te żarłoczne skubańce stadami dopadają się do człowieka, chcąc wyssać z niego całą krew. I nie pomaga nic! Ani piołun poutykany w kieszeniach, ani żadne olejki, ani spreye na owady, nawet te najbardziej agresywne. Żrą i już! Jak widać na poniższym zdjęciu wyglądam wówczas jak prawdziwa baba ze wsi, którą zresztą jestem:-)))



W tym roku porzeczki obrodziły u nas niesamowicie. Z 10 krzewów w różnym wieku ( część dosadzaliśmy w ubiegłym roku ) zebraliśmy niemal 50 kg owoców. I był to bez wątpienia siedliskowy rekord.
W misce na zdjęciu jest plon z jednego, małego, zeszłorocznego krzaczka.





Ze zbiorem czekaliśmy dość długo. Chciałam, żeby część owoców niemal przejrzała, pomarszczyła się odrobinę, tak by cukier w nich maksymalnie się skoncentrował. Takie najlepsze są do wina. Staram się by tych podsuszonych owoców było około 20%. Wino nabiera wówczas wyrazu.


Po kilku godzinach w upale, na klęczkach, wśród zielonych lisci i brzęczących gzów można paść gdziekolwiek, choćby i w wysokie zielsko w towarzystwie tygrzyków i pasikoników. Jest jednak coś, co dodaje sił i podrywa do roboty. Widok. Nie wiem jak Wam, ale mi widok czarnych owoców zwieszających się wśród liści kojarzy się z winobraniem i krajobrazem winnic.


Podczas porzeczkobrania mieliśmy tym razem asystenta...



Makbuń "pomagał" jak mógł. Wspinał się na plecy, łapał porzeczki, usiłował łapać też krwiopijców, ale niestety bez powodzenia...

Kolejne michy z porzeczkami lądowały w domu, gdzie Ciocia przejmowała pałeczkę i pół dnia pracowała niczym kopciuszek przebierając owoce.
A potem nadeszła TA chwila. Ruszyła owocowa przetwórnia. Część owoców poszło do zacukrzenia. Będą nalewki. Część do sokownika, a reszta do wyciskarki i do baniaczka. Bedzie wino. Wytrawne i aromatyczne:-))) Teraz już stoi w bibliotece i wydaje co chwilę bardzo przyjemny dla ucha odgłos: bul, bul, bul...

Owoce przecieram przez takie sito. Robota idzie w miarę szybko, do wina nie trafiają skórki ani pestki i dzieki temu nie robi się "galaretka". Sito zostało nabyte na rynku, od "Ruskich" i sprawdza się znakomicie. Pojawiły się ostatnio w sprzedaży tego typu sita ( widziałam bodaj w Netto ), ale stalowe. W kontakcie z kwasem owoców niechybnie straciłyby na urodzie. A temu " wsio rawno".


A tu już w karnych rządkach: 


Zwróćcie, proszę, uwagę na ten duży słój. Jeszcze moja Babcia robiła w nim soki porzeczkowe. Używam go i ja, a myjąc staram się zawsze uważać na naklejkę z napisem wykonanym babciną ręką.



Nie musze chyba mówić, że późną nocą, po skończonej robocie padłam jak kawka? A prawdziwe przerażenie ogarnia mnie na widok ilości dojrzewających jeżyn... To dopiero będzie!


P.S. Jak Wam się podoba nowa szata graficzna bloga? Poproszę o opinie...

wtorek, 15 lipca 2014

Pod anielskimi skrzydłami



Najpierw informacja praktyczna: UWAGA POZNAŃ!  1 sierpnia, o godz.18.00, w sklepie z serami KONESER, na Jeżycach poprowadzę pokaz serowarzenia. W programie ser typu gouda, degustacja i generalnie dobra zabawa. Cena umiarkowana. Szczegóły TUTAJ




A teraz możemy już przystąpić do meritum dzisiejszego posta. Zabieram Was do Aniołowa! Aniołowo to niewielka wieś nieopodal Pasłęka, położona bardzo malowniczo u stóp wzniesień Wysoczyzny Elbląskiej. Niegdyś była to typowa wieś rolnicza, gdzie kury przechadzały się po poboczach dróg, psy szczekały, a gospodarze uprawiali ziemię. W zasadzie nadal tak jest. Bo kury nadal łażą nic sobie nie robiąc z płotów, zboża wokół wioski rosną, a psy poszczekują. A jednak coś się zmieniło... 10 lat temu Aniołowianie skrzyknęli się i postanowili założyć stowarzyszenie i wieś tematyczną. Była to jedna z pierwszych tego typu inicjatyw w Polsce. I tak powstała Anielska Wieś. Dziewczyny ( i panowie czasem też:-)))  jeżdżą na targi, pokazy, nawiązały współpracę z sympatyczną wsią we francuskiej Bretanii, a wieś piękniała z roku na rok. W niedzielę w Aniołowie odbył się X Jubileuszowy Zlot Miłóśników Aniołów. Mimo, że pogoda była pod psem, deszcz siąpił niemal non stop - zabawa była przednia i goście dopisali. Sami zobaczcie...

Stoisko wsi Rzeczna. Nietrudno się domyslić, że  Rzeczna słynie z jeździectwa:-)))


Mieszkanek żuławskiej wsi Oleśno nic nie mogło zniechęcić do udziału w zlocie. Ani deszcz, ani "drobne niedogodności zdrowotne". I całe szczęście, bo zupa serowa, z której Oleśno słynie, była pyszna.


 Z cygańską fantazją...



Nie zabrakło szyjątek.


Oberek!


Barwnie, radośnie i kolorowo.


Przy stoisku Związku Łowieckiego sokolnicy i jastrząb harrisa. Na zdjęciu ja i rzeczony jastrząb.


Główna sprawczyni całego zamieszania - Halinka Cieśla, czyli pani prezes stowarzyszenia Nasze Aniołowo.



Stoisko francuskie - naleśniki były bajeczne, a cydr....o Matko!


I jeszcze Francuzi, jak widać zachwyceni.


Czyżby tygrysek?


Te damy lubią śmiały makijaż:-))


Nakrycia głowy niczym na angielskim ślubie...W tle stoisko wsi Krosno ( z nami niemal po sąsiedzku.)



Fajnie było. Szkoda, że następny zlot dopiero za rok.

Asia
P.S. A co do warsztatów w Izerach - mamy jeszcze kilka miejsc. Agniecha, ty będziesz?

piątek, 4 lipca 2014

Warsztaty na życzenie, czyli ruszamy w Izery


Jak widzicie ze mną to jak z dzieckiem - za rączkę i do knajpy:-))) W komentarzach pod ostatnim postem wyraziłyście życzenie, żeby zorganizować warsztaty serowarskie w Górach Izerskich. No to będą:-)))
Na warsztaty serowarskie zapraszamy w dniach 02-03 sierpnia do Przecznicy. Warsztaty odbędą się w gospodarstwie agroturystycznym Konik polski ( Agniecha, dzięki!!!)
Będziemy robić trzy rodzaje sera: goudę dojrzewającą, camembert oraz handkasa - tradycyjny ser żuławski, który można jeść zarówno z ziołami jak i na słodko i co ważne - jest doskonały od razu po przyrządzeniu:-))). Jeśli wystarczy nam czasu "strzelimy" jeszcze domową mozarellę i parzenicę, która nadaje się do wędzenia.
Koszty udziału w warsztatach wyglądają następująco:
- Udział w warsztatach bez noclegu i wyżywienia - 180 zł
- Udział w warsztatach z wyżywieniem, bez noclegu - 230 zł ( w programie potrawy przygotowane z wykorzystaniem różnych serów:-))), wino lub nie ( jak kto lubi:-))) oraz ogólna integracja.
- Udział w warsztatach z noclegiem i pełnym wyżywieniem - 295 zł.

Zapisy na warsztaty: joanna.wlodarska@onet.eu
                                tel.kom. 505-061-237

O uczestnictwie decyduje kolejność zgłoszeń oraz wpłata zaliczki w wysokości 100 zł. Liczba miejsc - ograniczona.

Tu będziemy pracować:-)))


Kozy Pii I Nico z gospodarstwa Konik polski


Widok na dom...



Zdjęcia pochodzą od Pii z gospodarstwa Konik Polski w Przecznicy:-)))
P.S. Ale się cieszę! Strasznie dawno nie byłam w Izerach!

sobota, 28 czerwca 2014

Konie, sery, warsztaty - czyli co nam w duszy gra...



Zakochałam się. Konie fryzyjskie mnie urzekły. Przystojniak z powyższego zdjęcia to jeden z trzech fryzów ze stajni w Galinach. Wszystkie trzy są kare, dumne i piękne. Mimo, ze podczas wyjazdów warsztatowych głównie absorbują mnie nasi gości, sery, które robimy i chleby - zawsze jednak znajdzie się chwilka na pozachwycanie się. I jakoś tak się składa, ze zazwyczaj warsztaty mamy w miejscach, gdzie są także i konie...przypadek? Od dawna nie jeździłam konno. Po dosyć dramatycznym upadku, kiedy to ja wzięłam przeszkodę, a koń wyhamował przed nią, został mi uraz. Są jednak takie chwile i takie konie, ze nie mogę się oprzeć:-))) A uczyłam się jeździć w Stadninie Koni w Kadynach. Było to pod koniec lat 80-tych. Kadyny były wówczas znanym i cenionym wśród koniarzy miejscem. Nauce poświęciłam całe wakacje pracując w stajniach w zamian za jazdy. Pamiętam pewnego ogiera. Miał na imię Gotyk i był potężnym przedstawicielem  rasy wielkopolskiej. Otóż ten gniady przystojniak z urokliwą strzałką zwykł był podgryzać dziewczyny. Gryzł wyłącznie przedstawicielki naszej płci i wyłącznie w jedno miejsce...w pupę. Każda nowa adeptka była kierowana przez chłopaków do boksu Gotyka...Mieli niezły ubaw. Koń też. Potem Kadyny z lekka podupadły. Ponoć niedawno znalazł się kupiec na stajnie. Może odzyskają dawny blask? Przecież również folwark i stajnie w Galinach były w fatalnym stanie, gdy przeszły w ręce obecnych właścicieli. Dzisiaj to jedne z najlepiej utrzymanych stajni jakie znam...







A same warsztaty w pałacu w Galinach udały się nadzwyczajnie:-))) Zrobiliśmy kilka serów, upiekliśmy chleby z chrupiąca skórką, przejechaliśmy się bryczka i spędziliśmy wieczór przy ognisku popijając wytwarzane na miejscu nalewki:-)))

Praca wre...


Nasi rekordziści - by wziąć udział w warsztatach pokonali 7400 km. Przybyli z Konga, w Afryce:-))) Pozdrawiamy serdecznie!

Czekamy aż się zrobi skrzep...


Ruszamy!



Nadchodzi zmierzch...płonie ognisko i szumią knieje ( w oddali szumią )



I jeszcze pozostali mieszkańcy Galin ( acz nie wszyscy bo bardzo ruchliwi byli:-))) )



A teraz robimy skok przez pół Polski i przemieszczamy się do Stajni Rudej w niewielkiej miejscowości KIKI w województwie łódzkim. Tak, tam też robiłam warsztaty. Do Rudej dojechałam bla bla carem, albowiem w naszym autku szlag trafił łożysko i musiał się nim zająć mechanik. Bla bla car okazał się być genialnym i niekosztownym rozwiązaniem. Tylko musiałam dokonać ostrej selekcji przy pakowaniu... Udało się zmieścić wszystko w jednej torbie. A miałam ze sobą: garnki dla warsztatowiczów, łyżki ( specjalne do wyrobu sera ), sitka do handkasa, formy do goudy, podpuszczki, tudzież inne akcesoria serowarskie. Oraz ciuchy na 6 dni. Dojechałam wieczorem, popróbowałyśmy z Rudziutką naleweczek i padłam. Rankiem przyjechała pierwsza grupa - przez pierwsze dwa dni prowadziłam warsztaty dla Polskiego Związku Głuchych Oddział Łódź. Jak widać na poniższym zdjęciu sery wyszły smacznie:-)))


Kolejne dwa dni to już warsztaty dla grupy zaawansowanej. Robiliśmy między innymi camemberty:-)))



Konie ze Stajni Rudej:-)))



I Karminka. Pies, który wazy tyle, co 1/4 mojego kota...


To tyle na dzisiaj. Jeśli chcecie relację z życia w żuławskiej dżungli to piszczcie:-))) ( osty już dawno przerosły człowieka...)
P.S. Zapomniałam! W lipcowym numerze Claudii w artykule " Niezapomniane lato w Polsce" wśród zaprezentowanych miejsc w stylu slow food znalazła się też i nasza Akademia Siedliska pod Lipami:-)))