niedziela, 10 czerwca 2012

Zwyczajne życie, czyli bezstresowe koty, ogród w rozkwicie, eksperymenty kulinarne i...kolega LEŃ







Tradycyjnie, jak co roku o tej porze przyroda zdaje się wygrywać w rozgrywce z nami. Ale nie narzekamy, albowiem czerwcowe kwiaty kwitną pięknie. Z trzech nieśmiałych irysków zrobiła nam się ładna rabatka, przesadzone w zeszłym roku piwonie łaskawie postanowiły zakwitnąć na nowym miejscu, wysiane samoczynnie orliki zaskoczyły nas kolorami i zakwitł pierwszy z liliowców, które dostałam od przyjaciółki - ogrodniczki. A barokowe chłopaki dostarczają nam licznych rozrywek. Na początku bardzo nieśmiało odkrywały " zewnętrze". Kajtuś wypadał przyczajony na dwór, robił wielkie oczy i przysiadał w panice w jakimś kąciku. Makbet - jak przystało na Bęcka - chodził czujnie na przygiętych łapkach z ogonem jak szczota do czyszczenia butelek. I tak przez jakieś dwa dni. Żeby nie dopuścić do skrajnej paniki pasłyśmy koty na zmianę z Ewą, co by mieć małe zbóje na oku. Ale ponieważ na zawołanie przybiegały w te pędy straciłyśmy czujność. Siedzę ja sobie i piszę któregoś dnia po przezwyciężeniu Kolegi Lenia, który mnie cosik ostatnio dopadł, i nagle słyszę rozpaczliwe miauczenie. Porzucam komputer i w panice, z rozwianym włosem wypadam na zewnątrz. Nie widzę kota. Ale słyszę. Miauk dobiega z góry. Paczę i co widzę - Kajtuś na dachu! Na szczęście domek mamy niewysoki, ganek jeszcze niższy, więc przywoływany stanowczo zachęcającym " kici, kici, Kajtuniu, chodź maleńki..." kot dzielnie po ganku zeskoczył. Następnego dnia na dachu byli już obaj.... A potem Bęcek wlazł na więźbę w oborze i wspiął się na wysokość jakichś...9 metrów. Pod samo sklepienie dachu. A co, dzielny kot! Moje kotki są najlepszym przykładem, że w dzieciach, czy to kocich, czy ludzkich należy dostrzegać potencjał i pozwolić mu się rozwijać bez przeszkód, a kto wie do czego ( albo gdzie ) dojdą:-)))
Poza tym jak już wspominałam mam lenia. Pisać mi się nie chce. A mam dwa teksty do zrobienia. Do środy. A we wtorek wyjeżdżam na dwa dni i znowu będę miała do pisania więcej. O żesz... Chyba muszę się jutro sprężyć...

Kajtuś na lipie. Przystanek pierwszy przed wskoczeniem na dach. Potem jest przystanek na dachu, a potem hop - i na kominie. Przed paleniem w piecu trzeba zrobić " kolejno odlicz" wszystkim kotom...



MacBęcek poszedł w ślady brata...



Bęcek pod dachami obory



Prawda, że jestem piękny?



Iryski




I jeszcze





Pierwszy liliowiec:-)))



A na koniec eksperyment kulinarny pod tytułem " szpinakowe kotlety". Szpinak uwielbiam, zasialiśmy więc szczodrą ręką. Zbyt szczodrą. Wyrósł, że ho!Ho!. Robiłam już tarty szpinakowe i torty szpinakowe i pierogi, i naleśniki i szpinak niejako tradycyjny, i lazanie w różnych odmianach ze szpinakiem, a na polu nie ubywa... wymyśliłam więc kotlety ( nie wątpię, że ktoś już wymyślił je przede mną, ale i tak jestem dumna bo były PYSZNE!)



Oto przepis - sorki, że jednym cięgiem, ale bloger ma w poważaniu mój podział na wersy... Potrzebne będą: micha szpinaku, jajko, pół szklanki bułki tartej, dwie cebule, masło.

Szpinak blanszujemy, odcedzamy i siekamy. Cebulę kroimy drobniutko i szklimy na maśle. Dodajemy do masy szpinakowe, dorzucamy jajko i bułkę tartą - tak, żeby razem stanowiło to dobrze wyrobioną, zwartą masę. Doprawiamy solą i pieprzem do smaku, formujemy zgrabne kotleciki, obtaczamy w tartej bułce i na patelnię. Podajemy z młodymi ziemniakami z koperkiem i sałatą ze śmietaną lub z sosem vinaigrette.

PS. Zapomniałabym o orlikach! Oto i one:





PS.2. Właśnie mi Wojtek skosił hodowany od sadzonki pigwowiec... biegnę do ogrodu na inspekcję... Pa!

24 komentarze:

OLQA pisze...

Pięknie i smacznie a przy okazji dowiedziałam się ,że mam orliki w ogrodzie:) Koty-debeściaki jak zwykle!a do wykaszania tego co posadziłam lub posiałam zdążyłam już przywyknąć.Sama zresztą tez kiedyś wyplewiłam całe pole skorzonery i dopiero pod koniec coś mnie tknęło,ze te chwasty:
a/rosną tylko na grządce
b/stoją w równych rządkach- ale było już za późno

Los alpaqueros pisze...

Kociska dzielne (jak zawsze koty) kwiaty-liliowce,orliki...przepiękne no a kotleciki wyglądają oryginalnie a w smaku pewnie niebiańskie :)
Pozdrawiamy Was mocno:)

dompodsosnami pisze...

Kurczę, jakie piekne orliki - padłam z zachwytu!!! Proponuje wymianę, chętnie sie podzielę karminowym orlikiem o pełnych kwiatach w zamian za jakies kolorowe, żółte lub niebieskie... :))
Kotlety rzeczywiście wyglądają bardzo smakowicie, mniam, aż mi się zgłodniało!
No a kotecki - cudności, jak zawsze!
Buziaki i pozdrowienia najserdeczniejsze! :))

Asia i Wojtek pisze...

Sosenka - chętnie!Pomieniamy się jesienią, ok?:-)))

LEPTIR pisze...

no i nie wiem co bardziej podziwiac ... koty czy kwiaty....
chyba jednak dzielne kociaki :))
szpinak lubię tylko ja... ale chyba sobie zrobie.... tak smakowicie wygladają.....
pozdrawiam

Tupaja pisze...

Kociska fajne :)
Orliki- jedne z piękniejszych kwiatów, zawsze budziły mój podziw.
A szpinak- muszę poczytać o uprawie; może za czas jakiś posiejemy :)
pozdrawiam! :)

dompodsosnami pisze...

Oczywiście, Asiu, jak najchętniej! :))

GAJA pisze...

Kotlety szpinakowe, dobry pomysł! Mam szpinaku pod dostatkiem i nie omieszkam zrobić.

AnkaSkakanka pisze...

Ale fajny ogród a te zwierzaki dodają takiej przytulności Waszemu siedlisku. Fajnie jest obserwować zachowanie zwierząt. Mam hopla na punkcie czytania książek o psich zachowaniach. Ogród piękny. Pozdrawiam

Rogata Owca pisze...

Ale Ci pięknie zakwitło w ogrodzie. U mnie skonsumowali (owce i barani, jak mówi sąsiadka) nawet kwitnącą różę stulistną, ale w przyszły roku ogrodzę, to odrośnie). Kotleciki świetne, skopiuję w najbliższym czasie.
A koty, och superaśne i jakie odważne.

Serdeczności ślę i buziaki, bo znów mogę internetowo

kyja pisze...

koty obłędne! a pomysł z kotletami szpinakowymi fajny!Irysy pięknie Wam zakwitły:)a co z tym pigwowcem??uratował się?

multanka pisze...

No i dlaczego ja nie posiałam szpinaku ... buuu ...
piękne kocisko masz! :)
A co do szpinaku, pójdę do sklepu i kupię sobie bo mnie skusiłaś tym kotletowym daniem :)
pozdrowienia
A

Tarnina pisze...

Ach dawno tu nie zaglądałam... a tu wiosna w pełni, pomysły kulinarne, no i te kociaki.... jak mogłam się tak zaniedbać w odwiedzinach.... Orliki boskie... właśnie podziwiałam je również na bogu "moczarowy ogród", na pewno znacie tą pasjonatkę...

tabu pisze...

fajne te Wasze codzienne, wiejskie życie.. dobrze znaleźć czas na radowanie się z takich chwil, o których piszesz w tym poście..kociaki urocze, kwiaty cudne, kotlety smakowite..czegóż więcej potrzeba... radość, szczęście, życie....:) pozdrawiam ciepło

barashka pisze...

Dieta na całego !!! Podziwiam, bo nie lubię szpinaku, pewnie dlatego, że nikt mi go tak fajnie nie przyrządził ... A koty jak zawsze BEZAPELACYJNE !!! Pozdrawiam.

Joanna pisze...

śliczne iryski i orliki ...
też uwielbiam szpinak;
jak patrzę na wyczyny kociaków to słabo mi się robi ... mam lęk wysokości ... hihi

Asia i Wojtek pisze...

Szpinaku jako dziecko nie cierpiałam. I cały czas mi się wydawało, że go nie lubię. Do czasu, gdy w fajnej knajpce w Juracie kilka lat temu spróbowałam szpinakowego cudu. Od razu odtworzyłam sobie przepis i wprowadziłam do domowego menu. A potem już pooszło, czyli szpinakowe wariacje. Dość powiedzieć, że szpinak przyrządzam w co najmniej 10 różnych daniach:-)))
PS. Bęcek dzisiaj wlazł na lipę. Wysoko!

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Przeżyłam spory kawał życia i do tej pory nie znam smaku szpinaku, jakoś zawsze było mi nie po drodze; pewnie czas zmienić to, może urośnie jeszcze do jesieni? ho! ho! wysoko na lipę? żeby nie trzeba było wołać strażaków z długą drabiną, rozochociło się barokowe towarzystwo; serdeczności.
Orliki chyba mieszają się między sobą kolorami, bo jakieś inne mi w tym roku zakwitły.

Ania z Siedliska pisze...

Orliki tez bardzo lubię, mam ich sporo ale irysy - uwielbiam. Za ich delikatność, kolory, wykwintny kształt. Wyobrażam sobie, z jaką radością kociaki odkrywają zewnętrze - tez przezyłam łażenie pod dachem stodoły i wyczyny na akacjach. A w Ciebie, droga Joasiu, wstąpiło zwierzę - leniwiec - tak my mówimy o wiadomym stanie nic-nie-chcenia-i-nie-robienia ;-)))).

monika pisze...

Wasze koty są obłędne. Jak cyrkowcy chodzą po tym dachu. Orliki mam i bardzo je lubię. A co do kotletów to jeszcze ze szpinaku nie jadłam.

Go i Rado Barłowscy pisze...

Szpinak nauczyła mnie jeść Go i "wsiąkłem". Jest Pycha! Pigwowiec pewnie odżyje, ja dwa razy równałem z ziemią tulipanowca amerykańskiego, (przy którym się sam upierałem :D ), i dziś drzewko ma zupełnie niezwykły pokrój i trzy pnie. :D
Go widzi poczucie humoru Pana Boga w tym, że co by się nie posiało na grządce, momentalnie wyłazi spod ziemi cała masa niemal identycznych chwastów! :D

Cium serdeczne i głaskanie dla kotów.

Joasia pisze...

info , zmieniłam adres bloga :
http://mondocane-j.blogspot.com

Agni pisze...

Zycie bez kotow wiele by stracilo !
Kwiaty masz piekne i takie soczyste, bardzo podziwiam. U mnie na werandzie chyba upal je zniszczy. Wyobraz sobie, ze 2 nowe doniczki z hortensja wstawilam do pokoju, a wisteria sprowadzona z Polski wcale nie rosnie i nawet zaczely schnac jej listki.ZNOW okaze sie ze nie dalam sobie z nimi rady.
Takie kotleciki ostatnio czesto robie z wszystkiego co mm- zielona cebulka, nozki pieczarek, wczorajsze kartofle itp.

Ziemolina pisze...

uwielbiam przerozne kotleciki jarzynowe a poniewaz jestem wegetarianka stanowia one spora czesc mojej diety, szpinakowych jeszcze nie robilam:)