czwartek, 18 lutego 2016

Z innej beczki

Napisane na konkurs. Wyników jeszcze nie ma, ale mniejsza o nie. Pisząc bawiłam się świetnie. Jest to fikcja literacka w czystej postaci ale...mogło się to wydarzyć:-))
Hasło konkursowe brzmiało "krucyfiks":

Wiosna

Słońce przygrzewało wiosennie. Powietrze pachniało budzącą się do życia zielenią i żyzną, żuławską ziemią. No dobra, zajeżdżało lekko bajorem. Chaszcze na łące za domem, nieco zaniedbane w ubiegłym roku, sprawiały wrażenie dzikich i niedostępnych. W zasadzie były dzikie i niedostępne. Puszczając wodze fantazji, można było wyobrazić sobie wyskakujące z nich dziki, lwy tygrysy, a nawet dinozaury. I zaczynały się już zazieleniać. Jeszcze kilka dni, a wszystko ruszy pełną parą. I znowu będzie za późno...
Telefon, gdzie jest telefon? 

- Halo, sąsiedzie, dzieńdoberek, co słychać? A roboty dużo? Rozumiem, a nie znalazłby pan chwilki, żeby mój ugór za domem zaorać? Ciężko będzie? Panie sąsiedzie kochany, błagam, bo znowu mi się tunel nad drogą zrobi i mnie latem gzy zeżrą po drodze, naleweczkę mam dobrą, i ciasto upiekę... – głos przemawiający do słuchawki stał się kusząco-gruchający. Sąsiad się złamał.
- Dobra, pani kochana, przyjadem tak w obiad, może być? Stara i tak w sanatorium – sąsiad zamilkł wyczekująco.
- To ja na obiadek zapraszam, schabowe mam.
- Somsiadko, nie trza, nie trza – bez przekonania sumitował się najbliższy posiadacz traktora. – Ale jak pani tak ładnie prosi...
Jezu, czy ja mam jakieś mięso w zamrażarce – z paniką przeszukiwałam czeluście wyładowanej malinami i resztą dóbr z ogrodu zamrażary. Jest! Zwycięstwo! Jak wrzucę do ciepłej wody powinny się zdążyć rozmrozić i może na dwa kotlety wystarczy.
W porze obiadowej mięso na kotlety było już zdatne do użytku. Zaskakująco o czasie, punkt druga zaterkotał sąsiadowy traktorek. Mały, zgrabny i silny, choć nieco już wiekowy. Sąsiad – chłop dość potężnej postury – ledwo się w nim mieścił. Zamknęłam psy, wsunęłam walonki poniuchawszy wcześniej zapach z powietrza. Będzie bagno – utwierdziłam się w wyborze obuwia.
- Dzień dobry sąsiadowi. Dziękuję, że pan przyjechał – uśmiechnęłam się przymilnie.
- Dobry, dobry. To co? Jadziem?
- Jadziem, panie Witku. Tam – wskazałam kłębowisko zielska na terenie dawnej łąki. – Da pan radę?
- Co bym miał nie dać, nie takie rzeczy się robiło – pan Witek wypiął dumnie pierś i wgramolił się za kółko. Zaterkotało i ruszył.
Najpierw szło jak po maśle, potem przemieszczał się do przodu coraz wolniej, potem zaczął jakby się zapadać. Następnie zarzęził i stanął. Zaniepokojony traktorzysta przełożył czapkę daszkiem do tyłu i wychylił się z okna, spoglądając z niepokojem na podłoże.
- Co jest? – Zamruczał. Otworzył drzwiczki i dziarsko wyskoczył. I zniknął.
- O żesz, krucafiks – dobiegło do mnie.
- Panie Witku, co się stało? – krzyknęłam najmilszym i najsłodszym głosem, na jaki było mnie stać w tej chwili.
- Sama pani zobacz! – Zapięłam szczelniej kurtkę, poprawiłam skarpetki w walonkach i jęłam przedzierać się przez dzikie ostępy uschniętych ostów i rzepów. Gdy dotarłam do traktora moim oczom ukazał się widok przekraczający targające mną wcześniej obawy. Traktorek zanurzony był w błocie po kabinę. Koła zniknęły. Obok z błotnistej brei gramolił się z trudem sąsiad.
Dziki rozryły, kurna jego olek i zobacz pani, co się zrobiło.– Wyrzekł, z trudem wydobywając się z brei. Nie udało mu się złapać pionu i padł z powrotem z solidnym rozbryzgiem wokół. Otarłam błoto z twarzy i ostrożnie podeszłam do sąsiada z wyciągniętą rękę. Zaparłam się wolnym ramieniem o traktor i pomogłam umorusanemu od stóp do głów panu Witkowi stanąć na nogach.
- I co robim? – Nieco bezradnie spojrzał najpierw na traktor, potem na mnie.
- Dzwonimy, panie Witku, do sołtysa dzwonimy.
- Jo! On ma ma maszynę największą we wsi, poradzi!
Sołtys oderwany od obiadu nie był zachwycony. Jest to jednak człowiek uczynny, o złotym charakterze (dlatego jest sołtysem).
- No dobrze, zjem i jadę – powiedział nieco zrezygnowany i rozłączył się, bo mu zupa stygła, a sołtysowa nie lubi, jak się coś marnuje.
A my siedliśmy sobie z panem Witkiem na pieńku tuż za granicą bajora, otarliśmy brudne dłonie o czyste i suche jeszcze fragmenty odzieży i westchnęliśmy zgodnie. Sąsiad wyciągnął tytoń i bibułę.
- Chce pani? – Zapytał, skręcając papierosa.
- Jasne, poproszę – odparłam, nie chcąc narazić na szwank naszej  kruchej w tej chwili przyjaźni. Sąsiada machorka była mocna jak sto diabłów, ale co tam. Trzeba się poświęcić.
Kopciliśmy przysłonięci chaszczami, gdy doszedł do nas zachwycający dźwięk nadjeżdżającego swoją maszyną sołtysa.
- Na sygnale jedzie, he, he – zarechotał pan Witek wskazując migające światło. Fakt. Sołtys włączył sygnał świetlny – w końcu jechał na akcję.
Wstaliśmy i tonąc w błocie podeszliśmy do drogi. Dobrze, że chociaż jeden pas był już przeorany, bo przedzieranie się przez rzepy było jeszcze gorsze.
Sołtys wyskoczył ze swojej lśniącej, niebieskiej maszyny – to co, lecimy z koksem? - zatarł ręce. – Wicio, gdzie utknąłeś? – zapytał pana Witka.
- Dawaj tam – wyciągnięta ręka nie pozostawiała wątpliwości, gdzie należy jechać.
- O kurwa – wyrwało się sołtysowi. – Ja mam tam tyłem podjechać? – lekko zwątpił.
- No co, cykorzysz? – podpuszczał go sąsiad.
Sołtys spojrzał na niego spod byka i bez słowa wsiadł do swojego traktora. Po chwili mozolnie i powoli zaczął przemieszczać się tyłem po błocie, siejąc rozbryzg na 2 metry nad maszyną. Lśniący do tej pory i nieskazitelnie niebieski traktor pokrywał się spływającymi smętnie, brunatnymi grudami. Podjechał, manewrując po mistrzowsku i łapiąc grunt na brzegu bajora.Wyszedłszy spojrzał z obrzydzeniem przed siebie, po czym zachęcająco kiwnął dłonią w stronę sąsiada. – Pani zostaje – zaordynował – to nie robota dla kobiety. Mile połechtana tak rycerskim podejściem obu panów przyglądałam się z zapartym tchem dalszym czynnościom. Wydobyli z sołtysowej machiny wielki, metalowy hak i solidny łańcuch. Ślizgając się niebezpiecznie, umieścili hak w stosownym miejscu i ostrożnie, niczym baletmistrze, dotarli do swoich traktorów. Wsiedli. Sołtys ruszył. Spod kół wystrzeliły fontanny błota. Huk, brzdęk.
- Co jest do cholery jasnej – wygramolili się na zewnątrz.
- Patrz, pękł skurczybyk. Krucafiks! – Z podziwem pokręcił głową sąsiad.– Ma pani hak? – Postanowili dopuścić mnie do współpracy.
- Coś mam.
Po chwili przyniosłam wygrzebany w składziku hak. Ważył ze 6 kilo i był naprawdę potężny. Panowie przy wymianie sprzętu holowniczego utytłali się już dokumentnie.
Zgodnie wykonali znak krzyża i wsiedli. Po chwili, siejąc wokół fontanny błota, z rykiem silników zaczęli pomału przesuwać się do przodu.
- O Jezu – jęknął sołtys, spoglądając na swój ukochany, wylalany traktor. Wyglądał teraz jakby przejechał po dnie bagniska. Cały.
- A co z oraniem? – zapytałam nieśmiało. – Somsiadko, ja nie poradze – pokręcił głową pan Witek – może jak obeschnie.
- Ale to już derkacze przylecą i znowu mi zarośnie...
- Ja też nie poradzę, ledwo wyjechałem – sołtys był nieubłagany. Polecam się na przyszłość – skłonił się jak na dżentelmena przystało, po czym wsiadł do traktora, nieco się przedtem otrzepawszy.
– Pani się nie martwi, zjemy, odsapniem, i po bokach trochę przelecę. A tam najwyżej będzie pani te dziki miała...


P.S. Na zdjęciu powyżej prezentuję możliwości żyznej, żuławskiej ziemi...

5 komentarzy:

Agniecha pisze...

Dobre! Ale jesteś pewna, że to fikcja?

Joanna Wojtek pisze...

Agniecha, to akurat tak, acz jest to wysoce prawdopodobne. Ugór jest jeszcze nie zaorany...

Aleksandra pisze...

Wyobraźnia moja zaczęła pracować i widziałam postacie błotkiem obleczone. Fikcja prawdą podparta, dobre

bozenas pisze...

Tak mi się wydaje,że to absolutnie prawdziwa "fikcja":)))))

Sarenzir pisze...

fantastyczne:) dawno nie zaglądałam na bloga, śledząc tylko Akademię na Fb a tu takie fajne teksty :)