poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Historia ukryta w malowanej skrzyni




Malowane skrzynie posażne w XVIII i XIX wieku były w posiadaniu każdej wychodzącej za mąż panny. W zależności od statusu finansowego rodziny bywały większe, mniejsze, bardziej lub mniej zdobione. Skrzynie ludowe charakteryzowały się żywymi barwami. Zdobienia, ich formy i kształty różniły się w zależności od regionu. Różne były także techniki zdobienia. Warsztaty stolarskie zajmujące się wyrobem skrzyń i kufrów znajdowały się w wielu wsiach i miasteczkach. Wyroby z nich można było zamówić bezpośrednio u rzemieślnika lub szukać ich na lokalnych targach i jarmarkach.
 Pierwszą skrzynią, która do nas trafiła była skrzynia posażna warmińska – pięknie malowana w barwne wzory kwiatowe.
 Druga jest już zupełnie inna. Przede wszystkim jest większa. Wysokość 70 cm, 64 cm szerokości i ponad 110 cm długości. To kawał mebla! W środku wyklejona była niebieską tapetą, a pod nią znajdowały się angielskie lub amerykańskie gazety z 1897 roku… 
Tapetą wyklejano skrzynie najczęściej już w zakładach stolarskich - raz, żeby ozdobić ją od środka, dwa - w celach praktycznych, aby przechowywane tam rzeczy nie haczyły o drewno.


Amerykańskie gazety przesyłał wujek właścicieli skrzyni, a potem krążyły one po wsi. Jak powiedział pan Kazimierz, żeby się młodzież języków uczyła...



Tło, czyli kolor na jaki została pomalowana cała skrzynia jest w kolorze ciemnoniebieskim, a wzory są w trzech kolorach: czerwonym, żółtym i białym. Nie widnieją na niej kwiaty. Skrzynia jest stemplowana w skomplikowany układ zdobień. Na pierwszy rzut oka widać różnice w porównaniu ze skrzyniami spotykanymi na Warmii. Ta skrzynia przybyła ze wschodu. Tylko skąd? Musieliśmy się tego dowiedzieć!


Ruszyło prawdziwe śledztwo. Prowadziłam je dwutorowo. Wyszukałam wszystkie możliwe publikacje na temat zabytkowych, malowanych skrzyń i kufrów posażnych. Wiele tego nie było… W zbiorach Centralnej Biblioteki Rolniczej w Warszawie znalazła się jedna pozycja: „Barwne kufry chłopskie z okolic Wileńszczyzny i Polesia” autorstwa Witolda Dynowskiego, wydana przez Instytut Naukowo Badawczy Europy Wschodniej, sekcję etnologiczną, w roku 1934 ( piękna staropolszczyzna! ), kilka pomniejszych publikacji naukowych dostępnych w internecie oraz „Ludowe skrzynie malowane” Romana Reinfussa z 1954 roku. Tę ostatnią pozycję udało mi się wyszperać w jednym z antykwariatów w necie. Najbardziej przydatna okazała się ta pierwsza. Nasz kufer został pokryty barwionym ultramaryną pokostem, co już określiło miejsce pochodzenia: Polesie, czyli dawne Kresy Wschodnie Rzeczpospolitej. Skrzynia jest cackowana ( barwne wzory stemplowane ), a cakowanie jest w trzech kolorach. To zawęziło obszar pochodzenia. Granicą występowania kufrów cackowanych był Nowogródek. Nasza skrzynia musiała powstać, gdzieś bliżej obecnej granicy Polski, na terenie obecnej Białorusi. Zlokalizowanie warsztatu w obliczu tak skąpych materiałów źródłowych zdawało się być niemożliwe.
Drugi tor śledztwa dotyczył miejscowości, w której skrzynia została kupiona. My nabyliśmy ją w Skarbnicy Awantaż – elbląskim antykwariacie z najróżniejrzymi starociami. Trafiła tam dwa lata temu z domu w Jelonkach, miejscowości położonej zaledwie kilka kilometrów od nas. Mało tego, z domu, który 10 lat temu oglądaliśmy, zastanawiając się nad jego kupnem! Do tej pory nie możemy sobie darować, że nie wdrapaliśmy się wówczas na strych…skrzynia tam była! Niestety kontaktu z osobą, która sprzedawała dom i sprzedała skrzynię nie było… Pojechaliśmy do Jelonek, pogadaliśmy z mieszkańcami. Powiedziano nam: jedźcie do Pasłęka, tam na poddaszu przy takiej a takiej ulicy mieszka córka pierwszych właścicieli, Irena. Może ona coś wie. Od drzwi, do drzwi, dzwonię – otwiera pani, opowiadam, że szukam pierwszych właścicieli skrzyni malowanej, o takiej – i pokazuję zdjęcie w telefonie. – O matko! Skrzynia Babuli! – zakrzyknęła pani Irena, bo to była właśnie ona i zaprosiła mnie do środka, gdzie w fotelu siedział jej tata, pan Kazimierz. Pamięć pana Kazimierza, mimo zacnego już wieku jest fenomenalna. Okazało się, że rzeczywiście skrzynia przyjechała do Jelonek z terenu obecnej Białorusi. 

Dom w Jelonkach, z którego pochodzi skrzynia:



Była to skrzynia posażna Anny Korszun z domu Piszcz, pochodzącej ze wsi Smolniki, obecny rejon kamieniecki, obwód brzeski. Pani Anna Korszun wychowywała mamę pani Ireny, Weronikę. Weronika wraz z matką na początku wojny trafiły do obozu koncentracyjnego. Małej Weronice udało się przeżyć, jej matka nie miała tyle szczęścia – zginęła w obozie. Po wyzwoleniu obozu wróciła do rodzinnej wsi, gdzie pod swoje skrzydła wzięła ją właśnie Anna Korszun. Cała rodzina do Pasłęka przyjechała z transportem repatriantów 24 marca 1947 roku. Anna Korszun wraz z mężem ( i skrzynią ) zamieszkała w Stankowie, a rodzina dorosłej już Weroniki w Jelonkach. Babula, bo tak pieszczotliwie nazywali Annę Korszun dołączyła do nich w późniejszych latach, zabierając ze sobą swój malowany kufer. Dom został sprzedany już dobrze ponad 10 lat temu, razem z większością znajdujących się w nim sprzętów, część rodziny losy rzuciły do Kanady, skąd pani Irena wróciła kilka lat temu, a skrzynia znów „ mieszka na żuławskiej wsi ” i „ opowiedziała” nam historię swoją i rodziny, w której była posiadaniu. Ale burzliwe losy rodziny repatriantów z Kresów to już zupełnie inna opowieść…



2 komentarze:

Czesława Janeczko pisze...

Bardzo ciekawa opowieść.Czytałam z wielką ciekawością .Podziwiam upór i tyle trudu w odnalezieniu właścicieli .Takie skrzynie są piękne i dobrze ,że wróciła na nie moda bo wiele ich się jeszcze uratowało.Dziękuję za podzielenie się tą historią.Pozdrawiam świątecznie :)

aga pisze...

wygląda rewelacyjnie :D