poniedziałek, 22 stycznia 2018

Brudna robota


Czasami trafi w ręce książka, zmuszająca do przemyśleń i refleksji. Ostatnio sięgnęłam po „Brudną robotę” Kristin Kimball. Podchodziłam do niej jak pies do jeża już od kilku miesięcy. Z opisu wynikało, ze to kolejna opowieść z cyklu: przeprowadzili się na wieś i żyli długo i szczęśliwie. Takich książek przeczytałam już chyba z setkę. A jednak im dalej w treść tym większe zdumienie. Nie nad trudami wiejskiego życia. Te znam z autopsji. Nad decyzjami autorki. Bo to przecież opis jej drogi jest. Nie rozumiem takiego zauroczenia i zafascynowania drugim człowiekiem, żeby niemal całkowicie zrezygnować ze swojego życia, swoich przekonań. I tak daleko idących ustępstw. Kristin, kiedy poznaje Marka, swojego przyszłego męża, jest dziennikarką. Jedzie do niego na farmę zrobić reportaż. On zbywa ją brakiem czasu, angażuje do pracy na farmie, by w końcu po paru dniach rzeczonego wywiadu udzielić. W moim przypadku – niemożliwe. Pracuję jako dziennikarka od ponad 20 lat, czas jest towarem reglamentowanym. Nie mam go na zbyciu i nigdy nie miałam. Jeśli nie bohater reportażu, po umówieniu terminu nie ma dla mnie czasu – trudno. Reportażu nie będzie. Później zaczyna się relacja osobista, poznajemy Marka widzianego oczami Kristen. To w sumie średnio sympatyczny gość. Sprawia wrażenie dość niedomytego.  W ich pierwszym wspólnym domu na środku salonu stawia toaletę kompostową skonstruowaną własnoręcznie. Na prośbę Kristen stawia…parawan. Rzecz dzieje się w USA jakoś tak tuż po roku 2000. Dzierżawią farmę w stanie Nowy York. Czytam o tym i nie wierzę, że te paręnaście lat temu w Stanach mogło być takie zacofanie. Autorka opisuje ludzi z nieleczonymi deformacjami ( bo nie było dostępu do leczenia ), ludzie są tam życzliwi, lecz, jakby to powiedzieć – szorstcy i często bezlitośni. Zarówno we wzajemnych stosunkach jak i wobec zwierząt. U nas na wsi, jeśli któreś ze zwierząt gospodarczych choruje, rolnicy wzywają weterynarza. Jest dwóch, którzy potrafią przyjechać o każdej godzinie dnia i nocy. Tam, krowa po ataku psów cierpiała przez kilka miesięcy. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji nawet. Praca ponad siły, gospodarstwo o ogromnej powierzchni prowadzone przez dwie osoby bez ciężkiego, specjalistycznego sprzętu, tylko za pomocą koni. A przecież przed poznaniem Marka, Kristen mieszkała w Nowym Yorku, była wegetarianką, by potem samodzielnie przeprowadzać ubój gospodarczy.

I przypomniały mi się lata mojego dzieciństwa. Kiedy jeździłyśmy z Mamą do przyjaciół na wieś. Stary dom, dobrze ponad 100 letni, mała wioska niedaleko Elbląga. Kilkaset owiec w gospodarstwie, kury, 14 hektarów łąk. Na początku rzeczywiście łazienki nie było. Ale gospodarze każdego dnia, wieczorem grzali sagany wody na kuchni opalanej drewnem, wodę, którą Pan Antoni przynosił w wiadrach ze studni. Potem zaciągało się zasłonkę w kuchni i po kolei każdy poddawał się wieczornym ablucjom. Nie wyobrażalnym było, by po wieczornym obrządku nie umyć się porządnie. Po porannym zresztą tak samo. W domu było ciepło. W każdym pokoju piec kaflowy, a w kuchni od rana do nocy pod płytą buzował ogień. W gospodarstwach traktory ( nie takie wypasione jak dzisiaj, ale jednak ), tylko do zwózki siana zaprzęgało się konie do wozu drabiniastego. Weterynarz przyjeżdżał zawsze, jeśli któremuś ze zwierząt coś dolegało. Jednym słowem – cywilizacja. Był to przełom lat 80 – 90 XX wieku. W książce przedstawione są wydarzenia i ludzie z początku wieku XXI. W USA, jak widać kraju ogromnych kontrastów…

Nie mam niestety żadnych zdjęć z tamtego okresu, a Pan Antoni już nie żyje. Podjechaliśmy jednak do Wilkowa i cyknęliśmy kilka zdjęć. Dom z moich dziecinnych lat posunął się w latach. Dom, który jest przyczyną tego, ze dzisiaj mieszkamy na wsi, w drewnianym domu otoczonym starym sadem. Bo to tam, w Wilkowie pokochałam wieś, trzeszczące dechy, przyrodę i magię starych domów. Gdyby moje pierwsze zetknięcie z wiejskim życiem było takie jak Kristin Kimball, zapewne mieszkałabym w centrum miasta:-))

Dojazd do domu. 


Tu gdzie teraz stoi nowy dom ( sąsiednia posesja ), dawniej rosła kukurydza wyższa od dorosłego człowieka. Zbieraliśmy w niej...pieczarki.


Słabo widać bryłę domu zza zarośli. Posesja jest dosyć zaniedbana, dom jest duży. Ma 12 pokoi, sporą sień i ogromną kuchnię, która była podzielona na część jadalną z dużym stołem stojącym pod oknem i część roboczą z kuchnią węglową. Zimą na oknie mróz rysował fantastyczny esy-floresy...


Ten czerwony budyneczek to stara kuźnia. To było niesamowite pole dla wyobraźni. Czasami kuźnia zamieniała się w wejście do Narnii, czasami w Bullerbyn, czasami była domem Ani z Zielonego Wzgórza:-))

Trochę zarośnięta ta moja kraina z dzieciństwa, ale moc wspomnień jest...
A Wy macie swoją wieś z dziecięcych wspomnień? Albo z marzeń? Napiszcie o tym...

9 komentarzy:

Leptir pisze...

Lubie takie wspomnienia.... ja choć mieszkałam w mieście, duzym bo 120 tysięcznym, ..ubikacje miałam na półpiętrze a w kuchni za zasłonką :) stała ławka z miską i dwa wiadra czystej wody i jedno z brudną. Wodę mama grzała na gazie..
tak przeżyłam ponad 20 lat :) i nie chodziłam brudna ha ha

wasz dom był na pewno piękny zwłaszcza w oczach dzieci

serdeczności

Joanna Wojtek pisze...

Ja też pamiętam, jak w naszym mieszkaniu w Elblągu w łazience był boiler, w którym paliło się raz w tygodniu, a normalne mycie rano i wieczorem w kuchni. Woda na gaz i wio:-)) I jakoś myłam głowę co rano i resztę też. Jak się chce to można. Dlatego mnie z lekka ten aspekt książki zaszokował.

szczypawka pisze...

W domu moich dziadków na podlaskiej wsi z udogodnień była elektryczność. A oprócz niej same wspaniałości życia wiejskiego: piece kaflowe, kuchnia węglowa, miednica za zasłonką, wiadro lodowatej wody prosto ze studni, ogromna piwnica - ziemianka. Mogę tak długo wymieniać. Zimą mróz na szybach także malował cudności.
Pewnie dlatego buduje dom, w którym obok indukcji będzie też kaflówka na 4 fajery :)

Joanna Wojtek pisze...

Szczypawka, bo my wiejskością śmy przesiąkły za dzieciaka. To na pewno przez tę wodę ze studni:-))

Joanna pisze...

na Podlasiu nadal można spotkać domy bez kibelków...za to z dobrymi piecami kaflowymi
ładne wspomnienia
pozdrawiam :)

Aleksandra pisze...

Ja pamiętam "swoją" wieś. Jeździłam tam w każde wakacje były to lata 60 XX w. Wygódka ....nie było w domu dwie izby, kuchnia duża z piecem chlebowym. Wspominam ten czas tam spędzony bardzo przyjemnie. Kiedy odwiedziłam te strony po kilkudziesięciu laty nie poznałam. Dom piętrowy murowany... No cóż wszędzie młodzi chcą mieszkać wygodniej.

Anonimowy pisze...

Wieś na trasie Sucha Beskidzka-Żywiec:śliczna ptasia nazwa:Kuków :) sielsko-wiejsko, z Babcią pachnącą chlebem i Dziadziem pachnącym ďrewnem :) dlatego mam dom drewniany i wiejsko mam, choć ze zwierząt tylko pieski dwa i konik Córci :) eva ;)

wuszka pisze...

Wiadome, że w usa (u nasz tyż), żeby dobrze się sprzedało (co jest najważniejsze ;D) musi być bród ubóstwo i skandaliczne warunki świata tego :)

co coya pisze...

Ostatnia fotka zachwycająca. Ta ,,kawa na tarasie" to klasyka :D

ทางเข้า D2BET
Gclub